poniedziałek, 21 sierpnia 2017

VII.033

















Świnoujście, 20.08.2017


"Siostra, chcesz kota?" — "Tak, chcę"


Był listopad. Brat pracował przy odprawie podróżnych zmotoryzowanych na duże promy płynące do Szwecji. Pociągi towarowe, ciągniki siodłowe, samochody osobowe, duży ruch ludzi i maszyn. Tak wygląda większość miejsc odpraw (czy to lotnisko, czy port).

Wynajmowaliśmy z baratem mieszkanie. Wcześniej zapytaliśmy, czy ewentualnie może przebywać tam zwierzątko. Czułam, że wisi coś w powietrzu. Brat bał się "dużych" psów, a ja nie akceptuję małych "ujadaczy", więc wiedziałam, że wcześniej czy później w mieszkaniu pojawi się kot. Zaczęłam czytać, czego można się spodziewać, bo przecież mieć kota to nie to samo, co oglądać piękne zdjęcia w internecie. Zawsze marzyłam o rudym dachowcu, ale bardzo podobały mi się też hybrydy kota domowego z dzikim (Bengale, Ashery, Savannah). Byle nie pingwinek.

Byłam w pracy, kiedy usłyszałam w słuchawce – "Siostra chcesz kota? Bo koleżanka wzięła jego siostrę, a kocurka nie chce, bo są złośliwe".
Swoją drogą ciekawe podejście — kocurki są złośliwe. Nie sprawdzili podogonia, wydali wyrok, skoro jedno kocię było "oną", to drugie musi być "onym". Złapały się małe pchełki, bo jedna z nich skaleczyła się w łapkę (koteczka). Druga nie umiała samodzielnie nic zrobić. Sparaliżowana strachem została w miejscu (kocurek).
Tak oto ciapa trafiła do wynajmowanego mieszkania. Kuwetką stało się pudełko po butach przycięte maksymalnie, bo sierota nie umiała wejść do czegokolwiek, co miało wyższe brzegi. Zarobaczone, odwodnione, głodne sześciotygodniowe kocię. Zanim podeszła sama do człowieka, minęły trzy tygodnie. Zaufanie przyszło dużo później. Brat jak usłyszał, że mogło się urodzić w drugiej połowie października, natychmiast z uciechy podał domniemaną datę urodzenia Pchełki w tym samym dniu, co on ma urodziny.
U weterynarza sprawdziliśmy podogonie. No i trzeba było się wstrzymać z nadaniem imienia. Z początku miał być Gumiś Grafi, a nadaliśmy ostatecznie imię Nasturcja.

Nasturcja jest bardzo bojaźliwym kociakiem. Nie wychodzi, kiedy obcy są w domu. Nie lubi hałasu. Nie daje się głaskać. Żyje obok człowieka. Nie jest nachalna i nie lubi tego w człowieku.
Jak to się stało, że Nasturcja została ze mną? No cóż. Rzeczywistość weryfikuje pewne postawy.
Kot nie siedzi w miejscu i nie wygląda ładnie (do czasu aż człowiek się nim należycie nie zaopiekuje). Z kuwety śmierdzi. Jedzenie w misce nie pachnie fiołkami (szczególnie na początku, kiedy popełniałam błędy w żywieniu). Żwirek i kłaki są wszędzie. Kot nie słucha, gdzie ma nie wchodzić (stół, pokój mojego brata, szafy). Kot czasem coś podrapie, zniszczy. Trzeba uważać na uchylone okna.
I mimo że Nasturcja ma pełno przydomków (Mała Krowa, Flądra, Gnidoł, Nasturcjusz, Muffinka), to i tak nie zamienię jej na żadnego rudego, czy z rodowodem.
Tyle chciałabym napisać o tym małym słodziaku, ale znamy się krótko. Nastka w tym roku kończy 3 latka.

Jeżeli Nasturcja przewróciła mieszkanie do góry nogami, to Ananas zrobił z niego kołowrotek...

Biały, delikatnej urody kocurek z bursztynowymi oczami. Czego tu nie kochać? A jednak. Nie miał szczęścia. Jako małe ośmiotygodniowe kocię trafił na pracownika schroniska koło bramy tego przybytku. Długo za kratami nie pobył, został wyadoptowany po około trzech godzinach.
Trafił do mnie, jak miał dziesięć miesięcy i dość bogatą historię zaliczonych domów. Kastrację maił w ósmym miesiącu i jeszcze długo "pachniał" kocurem. Od kwietnia do listopada był leczony na "brud w uszach", który spowodowany był prawdopodobnie złym odżywianiem. Na szczęście już wtedy byłam świadoma jak karmić koty i wyszliśmy z problemów dość "szybko".

Snow? Mustafa? Tajfun? Takie imiona miał, zanim do mnie trafił. Ostatnie całkiem trafione. Ja nadałam mu imię A N A N A S. Dlaczego? Bo jest słodki (ale uroczy wygląd to nie wszystko) i idealnie jego imię się komponuje z synonimem słowa ananas (chuligan, urwis).
Na początku dał się poznać jako kot zaczepiający wszystko i wszystkich. Nasturcja była kotem "podłogowym", więc kot, który "latał" pod sufitem, był całkowitą odmianą w mieszkaniu. Wrzeszczał za każdym razem, jak zobaczył coś nowego. Na sytuacje stresowe reagował wrzaskiem i niekontrolowanymi skokami pod sufit. Stres rozładowywał, ganiając Nasturcję i wyrywając jej kłaki. Załatwiał się do kuwety, jak szedł "za grubszą potrzebą", siusiu leciało do odpływów (co w połączeniu z tym, że był świeżo po kastracji, dawało straszny odór). Wszystko trzeba było (i nadal trzeba) chować do lodówki, bo nawet do chleba czy pączka umiał się dobrać w nocy, albo pod nieobecność opiekuna. Kot demolka. Nie miałaś babo problemu, to wzięłaś kocura z ogłoszenia.

Ananasa poznałam przez koleżankę z pracy. "Moja znajoma dostała podrzutka, ma już swoje koty – może chcesz?". Oczywiście, że myślałam już wcześniej o dołączeniu do stada jeszcze jednego kota. Przemyślałam decyzję, sprawdziłam finanse (Nasturcja niedojadała wszystkiego i duże ilości jedzenia wynosiłam do kotów WŻ, więc drugi kot był dobrą opcją, żeby nie wyrzucać jedzenia).

Po roku Ananas i Nasturcja się zgrały. Nie ma między nimi jakiejś wielkiej miłości (błąd przy przyłączeniu nowego członka stada, Ananas przyjechał do mnie bez transportera – został wypuszczony na nowy teren i koniec), ale nie dochodzi do scysji i nawet czasem wspólnie się bawią.
Jest duża rozbieżność charakterów. Ananas kocha się przytulać, bawić i broić, to jedyny kot, który się wita ze wszystkimi wchodzącymi do domu. Idealny wujek dla kotów, które są czasem na DT u mnie. Cierpliwy do maluchów i umie ustawić starszaków. Uwielbia skakać za "zajączkami" z lusterka. Niaś skończył dwa latka w kwietniu. Nasturka jest cicha, stroni od kontaktu bezpośredniego, ale zawsze jest niedaleko i doskonale obserwuje pozostałych domowników.
Jestem pewna, że mam idealne kociaki.

sobota, 19 sierpnia 2017

VII.032























Oto Pistacja cudowne kocie, które poleca się do adopcji





"Pełna Chata to dom tymczasowy dla kotów. Początkowo współpracowałyśmy z Fundacją Azylu pod Psim Aniołem, przez nasz dom przeszło pięć azylowych kociaków. Siedem licząc z naszymi rezydentkami. Obecnie mamy pod opieką prześliczną Pistację od Zwierzaków z Mińska — koci ideał, jej atutem jest nie tylko wygląd, ale i spokojny, łagodny, wesoły, empatyczny charakter. Ten post powstał na potrzeby rozreklamowania adopcji Pistacji właśnie poprzez przedstawienie naszej historii. Mamy nadzieję, że i ona znajdzie dom idealny, bo zasłużyła na to, jak nikt. Na początku jej życia zły człowiek niemal zabił ją widłami. Zwierzaki z Mińska odratowały dziewczynę, obecnie po ranie nie ma śladu, jest też wysterylizowana i odrobaczona, brakuje jej tylko jednego — domu, w którym zajmie należne jej, ukochane miejsce.


Jak to z nami było...

Przychodzi taki moment w życiu, mam nadzieję każdego człowieka, kiedy nie chce się już żyć tylko dla siebie. Wszystko jest ok. Ambicje są i nie są spełniane. Jakoś ogarniamy sprawy finansowe. Mamy dach nad głową. Realizujemy swoje pasje. Żyjemy raz lepiej, raz gorzej... Tylko to wszystko dla siebie samego jest takie dziwnie bez sensu. Wtedy zwykle pojawia się dziecko. I tak było z nami. Kasia ma obecnie osiem lat, chce zostać weterynarzem, jest niesamowicie empatyczna i fajna. Ale gdy miała sześć lat, znów odezwała się ta potrzeba zrobienia czegoś więcej, dla kogoś, przydania się na coś, w miejsce ułożenia i stabilnej linii prostej. Zdarzyło się, że miałam miesiąc wolnego. I żadnej kasy na wyjazd. No bywa. Co można zrobić. Pomysł na stworzenie domu tymczasowego na ten miesiąc przyszedł spontanicznie. Trzy kociaki wymagające pomocy znalazły się bardzo szybko. Najpierw był Mirmił — koci kasztelan, zaganiający stado, jednak nie dominujący, raczej opiekuńczy młodzieniec w typie starszego brata. Potem na działkach znalazło się kocie rodzeństwo, na moją prośbę kotce nadano imię Szelma. Przyszła do nas puchata kulka, malutka, łagodna, spokojna. Do dziś pamiętam jej pierwsze spotkanie z Mirmiłem, gdy zagoniona w róg odwróciła się i uniosła przednie łapki, żeby wydać się większą. Za dzień, czy dwa pilny stał się Jen, dorosły, kilkuletni kot, który w schronisku dostał nagle depresji — a ta kończy się w większości przypadków tragicznie, zwierzaki po prostu poddają się, nie jedzą, nie myją się, nie chcą żyć i po jakimś czasie faktycznie nie żyją. I to był nasz pierwszy komplet. Koty oswoiły się ze sobą szybko, spały razem. Mirmił kasztelanił, Szelma słodziła, a Jen... Jen tylko spał w moich nogach w nocy, wlepiając we mnie swoje wielkie, złote oczy, na cześć których otrzymał imię, ale przez cały czas pobytu nie dał się pogłaskać. Dom znalazły na czas. A czas gonił, bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, że przy moich wyjazdach służbowych mogę liczyć na pomoc nieocenionej sąsiadki. Myślałam, że jestem z tym sama.
Mijał czas. A w domu... Było przecież jak dawniej. Spokojnie, cicho, łagodnie... I nagle przeraźliwie pusto.
Nie minęło pół roku, gdy zawitała do nas Zorba. Nie minął tydzień od jej przybycia, gdy przyszła Korba. Nie minął kolejny, gdy byli u nas ich dwaj bracia — Kleks i Atrament. Bo nie może być tak, że tylko trzykolorowe siostry znalazły dach nad głową, a ich bracia marzną w schronisku. I to był sajgon. Zorba — kocia dominatorka, wymagająca szacunku i własnej przestrzeni. Korba — zabrana ze schroniska, bo jest przewrażliwiona i siedziała cały czas w kącie klatki z mocno bijącym serduchem — nikt nie wystawił jej zdjęć na stronie, bo na każdym wyglądała, jakby jej ktoś robił krzywdę. Atrament i Kleks — jedno hasło — ADHD. Tylko jeden z łobuzerskim uśmiechem, a drugi mega inteligentny. Przez miesiąc chodziłam po domu i zbierałam kolejne zrzucone rzeczy, zanim na podłodze pojawiły się nowe. Jazdy z serwetą ze stołu, wyciąganie rzeczy z szafek, te klimaty. Atrament znalazł dom, w którym była już kotka o zbliżonym do niego charakterze. Ma teraz na imię Amok — jego towarzyszka to Furia. Nie muszę tłumaczyć? A Kleks żyje w Szczecinie z cudowną, zakochaną w nim po uszy kobietą, mającą totalnego na jego punkcie bzika — a on na bzika zasługuje. 
Zorba i Korba zostały z nami. Nauczyły się zasad, wiedzą, kto rządzi (ja rządzę, bo inaczej jest chaos), a jednocześnie mają w sobie i dla siebie tyle ciepła, przyjaźni i zaufania, ile tylko świat mieści. Nawet nie piszę więcej, jesteśmy rodziną.
Przez dwa miesiące po wyadoptowaniu Kleksa i Atramenta/Amoka wszystkie cztery (dwa koty, córka i ja) spałyśmy. Ile wlezie. I gdzie popadnie. 
Przez dwa lata odpoczywałyśmy od bycia domem tymczasowym. 
A potem była strona Zwierzaków z Mińska i znowu Ten Czas. Czas przemożnego poczucia konieczności wzięcia udziału w czymś, co robi ktoś wspaniały, jakby za mnie, za nas wszystkich. Już doświadczona zaoferowałam tymczas kotu, lecz tym razem bardzo wąsko określiłam, komu mogę pomóc, by nie zwariować. Kotka. Wysterylizowana i odrobaczona. Zdrowa. Łagodna. Przyjazna dla ludzi i zwierząt. Nie agresywna. Miła. Grzeczna. Spokojna. Tylko tyle, a aż tyle — naprawdę myślałam, że mierzę za wysoko i nie da się mieć takiego spokoju przy prowadzeniu DT. 
Ale myliłam się. Pistacja jest właśnie taka. Całkowicie bezproblemowa. Do wszystkiego, czego ośmieliłam się wymagać, by się znowu nie zarżnąć, dołączyła jeszcze niesamowity takt i empatię. Sposób, w jaki oswoiła ze sobą moje koty, w tym dominującą Zorbę, to majstersztyk świadczący o dojrzałości emocjonalnej, jakiej ciężko byłoby się po niespełna rocznym kocie spodziewać. Obserwowała. Zero agresji. Spokój. Delikatne wysunięcie łapy, by sprawdzić granice. Codzienne zmniejszanie dystansu. Łagodnie, pewnie, z szacunkiem dla innych, którzy mają prawo zbyt się stresować, by dopuścić ją bliżej. A potem przy ostatnich centymetrach skok i otarcie się o zaskoczoną i zgłupiałą rezydentkę. Delikatne zaczepki bez pazurów. Potem łagodne gonitwy i głupawy. I ocieranie się o człowieka, bo nagle głaskanie okazało się niesamowitą radością. Za moją córką po głaskaniu biega, jak pies i doprasza się o jeszcze. Ale nie jest nachalna. Gdy nie ma czasu wystarczy buziak w czółko i jest ok. 
Jeśli ktoś z Was lub Waszych znajomych szuka kota całkowicie bezproblemowego — tu jest. I czeka na Was. W razie chęci adopcji polecamy kontakt ze Zwierzakami z Mińska.
Dajcie znać. Zaraźcie się tą potrzebą pomocy. Naprawdę warto, bo gdy podsumowuję swoje dokonania z ostatnich lat, to prócz codziennego wychowywania dziecka osiągnięciem nie są jakieś sukcesy w pracy, czy hiper fajne rzeczy, jakieś wyjazdy, hobby... To wszystko pierdoły. Największym osiągnięciem jest sprawienie, że siedem zwierzaków znalazło dzięki nam dom. W tym dwóm go dałyśmy. Bardzo chcemy dołożyć do tego ósme kocie dziecko. Bo warto. I bardzo chcemy, by odnalazła nas idealna dla Pistacji rodzina i poczuła ten smak, jaki daje zrobienie czegoś tak wyjątkowego, jak stworzenie domu dla innej istoty, pokochanie jej i zaopiekowanie się nią. Odmienienie jej życia. Bo dla takich chwil warto żyć".

czwartek, 17 sierpnia 2017

VII.031

Koćka
Luna 





































Bo każdy kot jest inny — zupełnie jak ludzie



Piotr znał koty. Koćkę poznał na studenckim osiedlu Lumumby. Błąkała się przy jakimś pubie, kręciła się między stolikami, zaczepiała o jedzenie. Piotr wychowywał się w domu ze zwierzakami, więc nie mógł zostawić małego kotka w niebezpiecznym dla niego miejscu. Zgarnął dziewczynę, a ona odwdzięcza się wielką miłością. Koćka z czasem wyrosła na piękną damę w masce, która najbardziej na świecie kocha Piotra, innych toleruje. Koćka uważa, że jedna kobieta w życiu Piotra to już dużo — i to ona jest tą kobietą. No cóż, koty bywają zazdrosne. A czasami podobno i kąśliwe.

Iga przede wszystkim ma alergię, więc kot w jej przypadku to duże wyzwanie... Bo alergię ma właśnie na koty. Ale Ciker (Koćka ma wiele imion) tak ją zachwyciła, że kiedy u naszej wspólnej znajomej na tymczasie były czarne kociaki i tylko jedna dziewczyna w miocie — Iga zdecydowała się na adopcję. To miał być tylko jej kot. Tak pojawiła się Luna (zwana także Mechem, bo również występuje pod wieloma imionami). Jest troszkę wycofana. Preferuje chowanie się w skrzyni na pościel lub zagrzebywanie pod kołdrą. Chodzi o to, żeby kota nie było widać, ale kot widzi wszystko. A może o to, żeby kot nie widział jednak świata, który przeszkadza w drzemkach? 

Obie kocice po chwili drobnego zagubienia (bo niby po co przyszłam i czemu skupiam uwagę na nich?) zaczęły robić miny i pozować. Tak urodziwych i miziastych pannic dawno nie spotkałam. Dziewczyny mają swoich własnych, prywatnych i na wyłączność opiekunów. (Nawet przez krótki czas, kiedy w domu zagościł malutki Marcel, nie czuły zagrożenia. Po śmierci Marcela widać było jednak smutek, szczególnie Koćka wyglądała na przygnębioną). Ich pozycje są ugruntowane. Przytulasy, czesanie, micha, zabawy — wszystko jest na miejscu. A trzeba przyznać, że obie są bardzo proludzkie (dla swoich ludzi). Kotki mają różne upodobania i zachowania. Różnie też patrzą na świat — zupełnie jak ludzie.