wtorek, 18 kwietnia 2017

VII.005


Bożena i Szafir
Szafir
Z dyplomem Super Kota
Bożena w domu tymczasowym dostała imię Małpka, gdyż uwielbiała przesiadywać na ramieniu u człowieka 
Bożenka



Dzisiaj zapraszam na spotkanie z uroczymi Piratami — Szafirem i Bożeną.

Szafir pojawił się w domu Angeliki i Bartka na początku kwietnia 2014. Został wypatrzony na fanpage’u wrocławskiej fundacji "Kocie Życie" i, mimo że na pierwszych zdjęciach nie wyglądał zbyt dobrze, to od razu skradł serca moich rozmówców. Co kilka dni dzwonili do fundacji z zapytaniem, jak się czuje i czy czegoś mu nie potrzeba. Ze względu na chore oko, które niestety nie goiło się zbyt dobrze, pierwsze dni po adopcji wiązały się z licznymi wizytami u weterynarzy, w tym specjalisty z zakresu okulistyki. Finalnie, oczka niestety nie udało się uratować i musiało zostać usunięte. Cały czas za zdrowie Szafira trzymały kciuki ciocie z fundacji i facebookowi fani. To oni również zgłosili go do konkursu na Super Kota (ogłoszonego przez lokalną gazetę), o czym początkowo Angela i Bartek nie wiedzieli. Szafir głosami internautów zajął w nim drugie miejsce, a wygrana nagroda – karma dla kotów – została przekazana fundacji, aby wspomóc inne koty, które jeszcze czekają na swój wymarzony dom.
Na początku Szafir był temperamentnym kociakiem-rozrabiaką, którego wręcz roznosiła energia. Od czasu, kiedy w domu pojawiła się Bożena, jest spokojniejszy i często jej ustępuje czy to w zabawie, czy to przy miskach. Zrobił się kotem-przylepą, który od progu wita każdych gości i domaga się głasków.


Bożenka została wypatrzona na stronach fundacji "Ja paczę sercem", a przyjechała z Ukrainy, ze schroniska w Dnietropiotrowsku, które znajduje się w strefie działań wojennych. Przyjechała wraz z kilkoma innymi kociakami w drugim transporcie do Polski, zorganizowanym przez Polskich i Ukraińskich wolontariuszy – pierwotnie miała przyjechać już w pierwszym, ale niestety jej stan zdrowia na to nie pozwalał. W domu Angeliki i Bartka pojawiła się niemalże równo rok po Szafirze, w kwietniu 2015 roku. Pierwsze trzy noce Bartek spał z nią w wannie, gdyż bardzo się bała i głośno miauczała. Kolejny tydzień był okresem socjalizacji kotów, która przebiegła  bardzo szybko i bez większych problemów. Bożena to typowa kocia indywidualistka, ale jak tylko zobaczy aparat fotograficzny, stara się skupić na sobie całą uwagę.
Oba kociaki wystąpiły też w akcji „Nadal jestem kotem”.


Angelika i Bartek zgodnie przyznają, że adopcja Szafira i Bożeny to najlepsza decyzja w ich życiu. Śmieją się, że „jeden kot to jak pół kota, a dwa koty mają razem zabawę i organizują sobie czas”. 

wtorek, 11 kwietnia 2017

VII.004

Bryk
Penny
Bryk
Penny
Bryk
Penny
Bryk
Penny
Bryk
Bryk
Penny i Bryk
Tauryn

Penny


Penny byłą już bohaterką posta z ubiegłorocznej edycji akcji

Każdy opiekun kota jest w stanie powiedzieć, że istoty, którymi się opiekują, posiadają emocje. Czasem nawet takie silne jak tęsknota czy żal, o czym mogli się przekonać Edyta i Kacper opiekunowie Penny. Mimo krótkiego czasu, który Penny spędziła z Taurynem, po jego odejściu stała się osowiała, zaczęła mieć problemy z jedzeniem. Mijały kolejne dni, a z każdym następnym mimo początkowej niechęci do adopcji spowodowanej utratą kota, w głowie opiekunów kiełkowała myśl o adopcji kolejnego kociaka. Tak oto członkiem rodziny został Bryk. 

Bryk mieszkał w tym samym domu tymczasowym co Tauryn i podobnie jak on dłuższy czas czekał na swój nowy dom. Już od pierwszej chwili maleńki wówczas Bryk skradł serca zarówno członków Stowarzyszenia, jak i opiekunki tymczasowej. Jednak telefony milczały. Mijały miesiące, a Bryk stawał się jednym z najstarszych tymczasowiczów. 6.10.16 Bryk wyruszył w podróż do nowego domu. Do ludzi, którzy obiecali dbać o niego, opiekować się nim i dać mu wszystko to, na co zasługuje. 

Bryk w nowym miejscu od razu czuł się jak u siebie w domu. Po kilku chwilach w samotności wyszedł i pokazał swoje prawdziwe oblicze. Jest to kot o bardzo zróżnicowanym charakterze. Płochliwy, a zarazem uwielbia kolana jak żaden inny znany mi kot. Chowa się przed obcymi, jednak w towarzystwie opiekunów zrobi wszystko, aby przykuć ich uwagę. Chętnie napije się wody z ich szklanki, pokręci się koło ramek na zdjęcia, a czasem nawet coś stłucze. Mimo to nikt nie wyobraża sobie, aby mógł być inny. 
Początkowe obawy, że Penny nie od razu zaakceptuje swojego nowego kompana, szybko minęły. Kotka podchodziła do niego, wzajemnie się wąchali, podczas prób izolacji strasznie miauczała pod drzwiami. Mimo różnic charakterów dało się odczuć, że są dla siebie niczym rodzeństwo. Chowają się w te same miejsca, chadzają podobnymi ścieżkami, śpią w jednym legowisku. 

Opiekunowie śmiało mogą zachęcać do adopcji na dokocenie. Warto jednak podkreślić, iż decyzja ta powinna być dokładnie przemyślana. Zarówno pod kątem własnych możliwości, jak i jedynaka, którego darzą miłością. Adopcja kolejnego kota jest przeżyciem dla każdego domownika. Dlatego warto mieć 100% pewności i robić wszystko, aby była to decyzja na całe życie. 


sobota, 8 kwietnia 2017

VII.003












Obiecałam trzy wpisy z Krakowa, czas więc na ten trzeci, niespodziewany. Profesora Wojciecha Kajtocha spotkałam po wielu latach przerwy w naszej znajomości i... Słysząc o Pingwinku, po prostu wprosiłam się. Muszę przyznać, że w sprawach akcji robię to nieustannie i nie wiem skąd to w sobie mam, bo nigdy wcześniej taka bezczelna nie byłam... Tym razem oddaje głos opiekunowi Pingwinka, kotki, która powitała mnie niezwykle przyjaźnie i domagała się mojej uwagi. 

Historia Pingwinka

Życie mruczalskich nie obfituje w dokumenty. Niemniej postanowiłem wspomóc swoją pamięć przeglądnięciem „Książeczki zdrowia kota” wystawionej w krakowskim azylu 7 grudnia 2013 roku. Zapisy dotyczą kotki Nedy (imię od razu zmieniliśmy), prawdopodobnie urodzonej w sierpniu.
Kiedy tylko wziąłem rzecz do ręki, w pamięci ożyły obrazy wędrówki po azylu, odwiedzania coraz to nowych pomieszczeń, w których żyły koty i na koniec – już po zapowiedzi, że więcej maluchów nie mają – widoku niewielkiej klatki, po której biegał mały czarno-biały kotek, który wyraźnie się mną i moją żoną zainteresował. Spisaliśmy z azylem odpowiednią umowę, mimo że ostrzegano nas, że kot jeszcze nie odbył kwarantanny i może być chory.
Niestety okazało się to prawdą. 
Dalej w książeczce widnieje ciąg dramatycznych zapisów:
10.12 – „biegunka, wymioty…”
13.12 – „znowu biegunka…”
14.12 – „wymioty, biegunka, nadal nie je…”

Pamięć podsuwa obrazy leżącej bezwładnie kruszyny, łapki z wbitym wenflonem, oddanego doktoranta tłumaczącego przez telefon dziewczynie, że się spóźni, bo „kot profesora źle się czuje” i musi jechać z nami do weterynarza, sąsiadki pielęgniarki robiącej zastrzyki, osiemdziesięcioletniego górnika – ojca innej sąsiadki  specjalnie przychodzącego do kotka, by go głaskać i w ten sposób pocieszać, karmienia strzykawką. I w końcu tego szczęśliwego momentu, gdy kocię zwróciło uwagę na odrobinę jedzenia, która ze strzykawki się ulała i samo zaczęło ją zlizywać… 
15.12 w książeczce zanotowano: „jest znaczna poprawa, zaczęła jeść, kał bez krwi, brak wymiotów”, a w dniach następnych widnieją tylko informacje o wyrzynaniu się pewnej partii ząbków i nazwy kolejnych leków.

Pingwinek do dzisiaj jest chorowity i tylko karmy „z wyższej półki” zjada bez ryzykowania żołądkowych dolegliwości, ma również wyraźnie słabe tylne łapki (lekarz podejrzewał, że w dzieciństwie ktoś kociaka kopnął) – lecz za to… Serce ma wielkie. Ani mnie, ani żony koteczka nigdy nie ugryzła, nigdy naumyślnie nie udrapała. Jedna z sąsiadek uważa, że to „z wdzięczności za uratowanie życia” – i chyba ma rację. 
Pingwinek ma oczywiście swoje wady: nie chce leżeć mi na kolanach, w nocy woli spać z żoną   nie ze mną,  zbyt często prosi o jedzenie, wyraźnie rozbawiony nie daje się złapać po ucieczce na korytarz, co jest o tyle istotne, że w tej samej klatce mieszka pies morderca, który ponoć już zabił jednego kota. 
Niekiedy także sprawia wrażenie, że nic nie denerwuje jej bardziej niż ten moment, kiedy zaczynam pracę na komputerze. Zawsze ma wtedy do mnie liczne, niecierpiące zwłoki sprawy. Sadzę jednak, że to nie przejaw złej woli – lecz że stara się po prostu zadbać o moje zdrowie, bo przecież wiadomo, że nic nie szkodzi bardziej niż siedzący tryb życia…

Obecnie wiedzie Pingwinek spokojny żywot kota rezydenta. Z uwagą obserwuje rzeczywistość mieszkania, pilnuje, by nie rozpanoszyły się zbytnio mole, pająki i muchy, przyjmuje moich i żony gości, dużo śpi na ulubionym fotelu, a jeśli tego nie czyni – żywo interesuje się tym, co za oknem lub na co można popatrzeć z balkonu.
A jeśli przebywają u mnie, co bardzo często się zdarza, koty moich dzieci – młodziutka syberyjska koteczka Rysia i sędziwy szesnastoletni egzotyk Miluś – Pingwinek roztropnie, ale i stanowczo pełni obowiązki przywódcy stada, dbając o porządek tudzież o to, aby Rysia, mimo swojego niebagatelnego temperamentu żyła z Milusiem w zgodzie, a Miluś nie reagował gniewem na psoty Rysi.

Wojciech Kajtoch

wtorek, 4 kwietnia 2017

VII.002
















W Krakowie poza jednym planowanym spotkaniem okazało się, że mam szansę na jeszcze dwa inne. Dlatego wieczorową porą w przedostatnim dniu mojego pobytu odwiedziłam znajomego przyjaciół, który jest opiekunem kotki... z Łodzi — jak widać, świat jest mały i lubi ironię. Łodzianka, której na imię Antenka, nie była szczególnie zadowolona z odwiedzin. Patrzyła na nas jak na zło konieczne. Później zrozumiałam, że to pewno za sprawą tych wszystkich zaczepek, które niekociarze czynią, by zwrócić uwagę kota. 
Antenka jest nakolankową panną, przy czym uważa, że jej opiekun ma obowiązek udostępniania jej kolan. Podczas wizyty zameldowała się najpierw przy swoim opiekunie, a później patrząc na niego znacząco, wskazała na chęć legnięcia na kolanach. I tak sobie spała, kiedy my plotkowaliśmy, strzelaliśmy jej fotki i zastanawialiśmy się nad zabawnością sytuacji, kiedy to Łodzianka, przyjeżdża do Krakowa, żeby sfotografować Łodziankę... Antenka jest kocią sierotką, która w wyniku adopcji znalazła opiekuna, który oddaje jej cześć, karmi ją, mizia i robi całą masę tych wszystkich rzeczy, które każdemu kotu po prostu się należą, a których niekociarze nigdy nie zrozumieją, bo wydają im się absolutnym przykładem odklejenie od rzeczywistości. No więc nie. Zwierzę, w tym przede wszystkim kot, ma wszelkie prawa... O obowiązkach nie ma co dyskutować, bo wszyscy wiemy, że obowiązki są wtedy, kiedy traktuje się kogoś na równi, a to średnio ludziom wychodzi. Przy czym, gdyby ktokolwiek zapytał, to Antenka mogłaby odpowiedzieć, że jej obowiązkiem jest np. witać gości i odprowadzać ich do drzwi. Obrona mieszkania także jest jej obowiązkiem. Obowiązkowo budzi swojego opiekuna, sprawdza jego odruchy warunkowe. A przecież nikt jej za to nie płaci! Ona bardzo poważnie traktuje sprawę dzielenia dachu z człowiekiem. Niestety nikt nie zapytał jej o to, tak właśnie przejawia się dyskryminacja... Wiem natomiast, że nie należy ona do sekty kotów zabójców zieleni, bo wszystkie kwiaty wyglądały na nietknięte. Nie wykazywała nawet zainteresowania nimi i nie sądzę, by nasze towarzystwo miało z tym cokolwiek wspólnego. 
Po dłuższym czasie leżenia, zaczęto jej przeszkadzać, podtykając kieliszek z winem, lub obco pachnącą dłoń. Wtedy talent aktorski Antenki dał o sobie znać i ilość min doprowadziła mnie do rozbawienia. Naburmuszona dama zeszła z kolan i położyła się na oparciu kanapy — miała nas na oku, ale nie wchodziła już z nami w interakcje. Wyraźnie pokazała, co o nas sądzi. Cóż... Tak to już bywa z gośćmi, że nie zawsze zachowują się tak, jak właścicielka mieszkania sobie mogła życzyć. 
Przepraszamy Antenko! 
Poprawimy się... kiedyś.

Ja ze swojej strony bardzo dziękuję za możliwość spotkania i zapoznanie z taką ładną i dobrze wychowaną panną. 

sobota, 1 kwietnia 2017

VII.001

Inka

Marcel







Zuzia












Plamka z mamą






Kicek








Hasan















Do Krakowa pojechałam na konferencję jeszcze w lutym. Jednak przy okazji tego wyjazdu postanowiłam spotkać się z Katarzyną Bajdą-Rusztowicz, którą znam z poletka fotograficznego i z którą przeprowadzałam wywiad do 19 numeru Mega*Zine Lost&Found. Uparłam się na to spotkanie, ponieważ Kasia zdradziła przy okazji rozmów o codziennych naszych sprawach, że niedawno do jej zwierzyńca dołączył wspaniały królik (Hasan), ale występują przejściowe problemy w socjalizacji z dwoma innymi królikami (miniaturkami: Plamką i Kickiem), które nie są skore do akceptacji nowego uszaka. Mnie tymczasem interesowało to, jak króliki dogadują się z kotami. 
Jak na luty zrobiło się całkiem ładnie, więc światło nam dopisywało, a ja mogłam poznać trzy spośród czterech kotów Kasi oraz jej trzy króliki (aktualnie cztery, bo planowana Alabama dołączyła już w marcu). 
Powitała mnie Zuzia, która starała się ukrywać zainteresowanie nowym człowiekiem w domu, ale ciekawość nie pozwoliła jej odstępować nas na zbyt długo. Dlatego podczas naszych odwiedzin w pokoju królików, a także później, kiedy Hasan biegał po piętrze i domagał się uwagi oraz jedzenia (może nawet w odwrotnej kolejności) ona także przyszła do nas i obserwowała, co też robimy. Towarzyszyła nam przez cały czas i mam wrażenie, że po prostu lubi ludzi.
Podobnie mogę powiedzieć o Hasanie, który zdecydowanie podbił moje serce. Nie tylko nie obawiał się obcej osoby, ale przyszedł mnie obwąchać, podstawił się do głaskania — wtedy właśnie dotarło do mnie, że króliki są bardzo delikatne. Nie chodzi tu o ich futro, że jest miękkie i inne od kociego, ale budowę. Kiedy głaszczemy kota, czuć każdy mięsień lub fałdę tłuszczyku — kot jest twardy. Królik jest kruchością. Kasia potwierdziła moje spostrzeżenie i jako doinformowana już kocio-królicza opiekunka wyjaśniła, że z królikami trzeba delikatnie się obchodzić, uważać, bo mogą doznawać kontuzji, bo to nie kot, który może po zbyrach łazić i wspinać się po zasłonkach... Hasan zrobił jednak coś jeszcze — kiedy wychodziłam, krzyknęłam do niego "do zobaczenia Hasanku!" a on natychmiast zaczął bić łapkami w ściankę zagrody... Teraz mam pewność, że osoby, które mówiły, że króliki są głupie, po prostu ich nie znały...
Chociaż z drugiej strony taka Plamka i Kicek są absolutnie nastawione negatywnie. Nie życzą sobie jakichś szczególnych kontaktów z człowiekiem. Człowiek daje jeść i sprząta. Później może sobie pójść. Na zdjęciach Plamka wygląda słodko i jak rasowa przytulaczka, ale w rzeczywistości wcale taka nie była. Miała ambiwalentny stosunek do przebywania na rękach i przytulania. Kicek nawet nie dawał się do siebie zbliżyć. No... chyba że z jakimś smakowitym kąskiem, ale tylko by ten kąsek zjeść i nadal mieć człowieka gdzieś tam pod ogonkiem...
Po krótkim czasie pojawiła się Inka, która natychmiast zameldowała się na oparciu fotela i tak sobie drzemała, śledząc nasze zachowania. Jak tylko podchodziłam do niej z aparatem, robiła tysiące min, których nawet nie zdążyłabym wszystkich uchwycić. Trzeba przyznać, że dziewczyna ma wyjątkowy talent. 
Jako ostatni zameldował się Marcel, który najpierw pobiegł do miski, później sprawdził nowe zapachy, a dopiero na koniec domagał się pieszczot. Po chwili już chciał wyjść, by — jak to kot — za pięć minut chcieć wejść i wyjść, i wejść... itd. Zdecydowanie wygląda na amatora zieleni.
Na spotkanie ze mną nie przybyła Carmen, która wedle przypuszczeń Kasi, gdzieś drzemała w plenerze — możliwe, pogoda w sumie sprzyjała.
Uważam, że takie łączenie gatunków pod jednym dachem to fajna sprawa — można zazdrościć Kasi tego, że Hasan lubi chodzić na spacery na szelkach, w towarzystwie kotów na dokładkę i tylko czasami sąsiedzi Kasi patrzą z zadziwieniem, jak idzie z królikiem na smyczy i gromadką kotów... I żeby nie trzymać Was w niepewności, dodam, że od chwili pojawiania się Alabamy króliki zawarły przymierze i zaczęły lubić swoje towarzystwo, co pozwala na trzymanie ich razem. Jak widzicie dynamika uszatego kwartetu jest zmienna i nieprzewidywalna....