wtorek, 26 grudnia 2017

środa, 13 grudnia 2017

VII.063

Curie
Lucjan
Tesla


Lucjan czasem myśli że jest kotem









Dzisiaj zapraszam na spotkanie z dwoma kotami i psem husky który miał być żółwiem. Wyjątkowo głos oddaję dzisiaj ich opiekunom — Ani i Krzyśkowi — którzy jak nikt potrafią opowiadać o swoim stadku.

Lucjan miała być żółwiem. Tesla miał być psem, a Curie miało nie być wcale. Po śmierci naszych 4 adoptowanych szczurów postanowiliśmy przygarnąć kogoś, kto będzie z nami dłużej niż kilka lat. Przez przypadek natknęliśmy się na fanpage promujący adopcję gadów. Żółw wydawał się idealnym kandydatem na nowego członka rodziny. Jednak po dłuższym zastanowieniu stwierdziliśmy, że żółw ma spore szanse na przeżycie nas i co by się wtedy stało ze skorupiastą sierotą? Ostatecznie w naszym domu mieszkamy my, czyli Ania i Krzyś, pies Lucjan oraz dwa koty: Tesla i Curie. Nasze perypetie można śledzić na Instagramie [@flamazing_flamingo], na którym staramy się pokazać, jakie są prawdziwe odcienie adopcji.

Lucjan

Adoptujemy psa! Wielki entuzjazm i przygotowania. Kompletowanie akcesoriów, pochłanianie literatury. Potem pojawiły się wątpliwości. Czy możemy poświęcić jej odpowiednią ilość czasu, czy wytrzyma w domu sama, kiedy będziemy w pracy, czy nie zniszczy mieszkania, czy będzie nas stać na leczenie? – Milion pytań. Rozrysowaliśmy piękne drzewko decyzyjne i klamka zapadła — szukamy psa. Aktywnego, żeby móc z nim biegać, dużego, żeby nie trzeba się było schylać do głasków i miękkiego, żeby móc się do niego przytulać. Poszukiwania zaprowadziły nas do strony fundacji SOS husky. Wypełniliśmy ankietę adopcyjną, pozytywnie przeszliśmy wizytę przedadopcyjną i czekaliśmy na naszego psa. Cały proces adopcji trwał ok. pół roku... W końcu pojawiła się Ona! Wspaniała, cudowna, wymarzona! Znaleziona błąkająca się po ulicach i wyjadająca resztki ze śmietników, odsiadywała wyrok ludzkiej głupoty i okrucieństwa w schronisku w Rudzie Śląskiej. Szybko okazało się, że adopcja to nie tylko miłość, ale też ciężka i mozolna praca.
Po przyjściu ze schroniska Lucjan miała bardzo silny lęk separacyjny, ogromne widmo głodu, wychudzenie, brak kondycji i osłabienie oraz popękane poduszki. Początkowo była bardzo nieufna i niepewna. Bardzo pomógł nam zoopsycholog. Zapisaliśmy się na pozytywne szkolenie dla psów. Zapoznawaliśmy Lu z innymi psami, ludźmi, otoczeniem. Szybko okazało się, że Lucjan jest bardzo, bardzo, bardzo mądra. Robiła postępy najszybciej z całej grupy!
Dzisiaj Lucjan jest wesołym, łagodnym i bardzo empatycznym psem. Jej największą miłością jest jedzenie i mizianie po brzuszku. Trenuje canin cross i łapanie zabawek w locie. Jej pasją jest śpiew i naśladowanie dźwięków wielorybów. Bardzo lubi korzystać ze wszelkich środków komunikacji — samochodu, pociągu, tramwaju, windy. Jej ulubione przysmaki to: marchewka, ogórek i arbuz. Posiada dwie supermoce: świetnie ogrzewa stopy i wszędzie znajdzie jedzenie! Ulubiona zabawka: różowy flaming.

Tesla

Po jakimś czasie uznaliśmy, że spokojnie możemy adoptować jeszcze jedno zwierzę. Nasze napady paniki były grubo przesadzone, a zwierzęciu naprawdę zawsze będzie lepiej samemu osiem godzin w swoim domu, niż w schronisku. A jeszcze lepiej, gdy ma przy sobie futrzastego kompana. Bardzo chcieliśmy drugiego psa. Niestety nasze warunki mieszkaniowe na to nie pozwalały. Krzysiek zaproponował kota. Kot zajmuje mniej miejsca i może zająć przestrzeń podsufitową. Dla mnie było to nie do pomyślenia. Jak to — ja, wielka miłośniczka gryzoni mam zamieszkać z ich odwiecznym nemezis? Nigdy. Koty są zbyt elastyczne, nie da się ich wychować i załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne w domu, ohyda. Jakże się wtedy myliłam! Całe moje nastawienie do kotów oparte było na stereotypach i wrednych pomówieniach. Koty są wspaniałe, mądre i mięciutkie. Można je wychować, tak samo jak psa — smaczki to najlepsza metoda wychowawcza, niezależnie od gatunku!
Pan kot trafił do nas z Fundacji Ochrony Przyrody we Wrocławiu. Został zabrany od zbieraczki zwierząt, która miała psio-kocie stado. Od początku był dorodnym kotem o dużych stopach. Nie był wygłodzony, nie miał traum psychicznych, znał życie z człowiekiem i psem. Chcieliśmy adoptować, starego, smutnego kota. Stało się inaczej. Tesla sam nas wybrał. Dokładnie wybrał Krzyśka, a Krzysiek przekonał mnie. Gdy przyszliśmy do fundacji, Tel od razu do nas przybiegł, zaczął się ocierać, mruczeć i wyłudzać głaski. Sprawa była przesądzona. Początkowo był w lekkim szoku i przez pierwszy tydzień bał się Lucjana. Pomogły kocie feromony i mięso z kurczaka. Głównie mięso. Po miesiącu książę Pan był już całkowicie zadomowiony.
Tes jest bardzo dostojnym, pełnym wdzięku kotem. Ma piękne błyszczące futro, gęsty podszerstek, a jego charakterystyczną cechą jest bujny wąs (któremu zawdzięcza swoje imię). Ponoć w jego żyłach płynie domieszka brytyjskiej krwi. Jest to bardzo prawdopodobne, zważywszy na jego arystokratyczną naturę.
Okazało się, że Tesla jest utalentowanym modelem — godzinami może pozować do zdjęć. Świetnie nadaje się do szkolenia — sztuczki łapie w mig. Potrafi zrobić siad, dać łapę, służy, rozdaje buziaczki i pociera czółko! Umie też wytropić ukryte smakołyki. Jest wielką gadułą. Wydaje przeróżne dźwięki. Jego hobby to przeglądanie się w lusterku, podziwia swój wąs! Nie stroni od używek — waleriana, kocimiętka, pasta na kłaczki i smaczki na smroda z paszczy — to jest to! Lubi spać na książkach (inteligent) lub w okolicy głowy człowieka. Jego ulubiony przysmak to wszelkiego rodzaju tłuszcze — masło, olej kokosowy, oliwa. Z powodzeniem mógłby reklamować margarynę roślinną! Jak na polskiego kota przystało nie pogardzi ziemniakiem i pomidorówką. Ulubiona zabawka: wędka typu bird.

Curie

Nazywam się Curie. Marie Curie — tak w kocim języku wita gości nasz najmłodszy kot. Curie jest prawdziwą agentką, a jej zabójcza broń to nieograniczone pokłady słodkości (wiadomo nie od dziś, że cukier krzepi, a przy okazji silnie uzależnia!).
Curie dołączyła do naszej rodziny w lutym ubiegłego roku, jako malutki i rozkoszny, półroczny kociak. Została adoptowana z fundacji Ebra Koci Zakątek. Ciocie z fundacji wychowały ją na bardzo odważną i ciekawą świata kotkę. Proces aklimatyzacji w nowym domu potrwał 30 minut, chociaż nigdy wcześniej nie miała kontaktu z psem! Tesla okazał się bardzo troskliwym starszym bratem, wstawał do małej w nocy, dzielił się karmą, nauczył ją korzystać z kocich drzwiczek i wchodzić na antresolę. Na zmianę z Lucjanem ogrzewał ją własnym ciałem, jak była osłabiona po sterylizacji. Cała trójka jest bardzo zżyta i idealnie się uzupełnia. Dlatego warto adoptować minimum dwa zwierzaki!
Curie jest typem absolutnego nakolankowego miziaka. Potrafi przeleżeć na kolanach cały film, ugniatając i mrucząc, jak mały tramwaj. Jej ulubionym zajęciem jest obserwacja ptaków i wywijanie salt w powietrzu podczas zabawy wędką. Ulubiona zabawka to ptaszek wypełniony kocimiętką, którego uwielbia topić w misce z wodą. Supermoc: picie wody z kranu. Curie nie boi się wody, lubi taplać się w misce, pod prysznicem i w umywalce! Jej największym smakołykiem jest sparzona pierś z kurczaka.



[autorzy: Ania i Krzysztof]

poniedziałek, 11 grudnia 2017

VII.062

Filip

Izoldzia



Fikusia







„Nie lubię kotów… Zdecydowanie nie!! Wolę psy, wiadomo, te wszystko rozumieją, przychodzą na każde zawołanie… Można na nie liczyć, a koty?? Nieeee… Zdecydowanie nie… One przychodzą tylko wtedy, kiedy mają ochotę... Chodzą własnymi drogami i kompletnie nie ma z nimi kontaktu! One nie są dla człowieka”. 
Hmmm… Domyślacie się, że tak właśnie MYŚLAŁAM. Haha… To było… Niech ja pomyślę… Tak, to było jakieś siedem lat temu… 
Wszystko zaczęło się przez tę Zuzię. Zuzia to była kotka sąsiadów, młodziutka, długowłosa… Nie żebym się nią interesowała, o nie! Przecież ja wolałam wtedy psy! Owszem, kochałam wszystkie zwierzęta (jestem weganką od wielu lat) no, ale żeby z takim kotem w domu mieszkać, to nie… W żadnym wypadku! Ale tak się złożyło, że opiekunowie Zuzi musieli na kilka dni wyjechać i… Zuzia jakimś cudem została u mnie. Bez kuwety, bez jedzenia… KOT w domu. Po prostu. 
I… Zakochałam się!!! Pamiętam jej mruczenie. Pamiętam, jak spała mi przy głowie. Pamiętam, jak tęskniłam za nią, kiedy byłam poza domem i wiedziałam, że ona tam na mnie czeka. Miałam wtedy dość stresujący czas, a ona była, jak balsam dla duszy! Po czterech dniach opiekunowie wrócili i musiałam ją oddać. Niby piętro niżej, ale ja  już wiedziałam, że nie mogę żyć bez niej! Bardzo płakałam za nią, kiedy się rozstawałyśmy, ona to czuła. Nie chciała ode mnie odchodzić, nie mogła zrozumieć, dlaczego ją zostawiam. Drapała mnie… Nie potrafiła poradzić sobie z rozstaniem, tak jak ja. Jej opiekunowie nie pozwolili mi jej zachować. Przestałam też ją odwiedzać, żeby nie rozdrapywać ran. 
I wtedy postanowiłam, że muszę mieć kota! Takiego samego jak Ona. Nie miałam jednak zielonego pojęcia, co to koty, jakie są rasy, jak się zachowują, jakie mają charaktery. Wiedziałam, że Zuzia mnie pokochała i ja ją i chciałam taką Zuzię odnaleźć w internecie. I znalazłam. To był…Tristanek. Moje najdroższe, najukochańsze na świecie Serduszko. To był maine coon… z hodowli… Wtedy jeszcze obawiałam się brać kotka z ulicy lub ze schroniska, bo nic o kotkach nie wiedziałam… Zresztą, szukałam Zuzi, a taką Zuzią był…Tristanek. Tak mi się przynajmniej wydawało. To było w lutym. Zachwyciłam się nim. Był bardzo wrażliwy, bardzo delikatny, choć duży. Bardzo subtelny, elegancki, dawał tyle przestrzeni, niczego nie narzucał. Tęsknił za mną. Chodziliśmy razem tańczyć! Uwielbiał być ze mną, nawet kiedy głośno tupałam w tańcu. Czekał na mnie każdego dnia, a ja biegłam po pracy do niego. Czasem gryzł mnie w nogę… To dlatego, że tak tęsknił w ciągu dnia… Tak, jak małe dziecko, które ciągnie mamę za rękę, biega, skacze szaleje, żeby wypuścić tęsknotę za matką… 
W lipcu pojawiła się Izoldzia. Takie malutkie darło się w malwie pod oknem. Zaryzykowałam i przygarnęłam. Jak one się pokochały!!! To był ich cudowny wspólny czas — zabawa, bieganie, całowanie, przytulanki. I Tristan przestał mnie gryźć w nogę!! Nie zostawał sam, teraz miał swoją kocią miłość. No i ja też miałam już podwójną miłość, czekającą na mnie w domu! 
Filip pojawił się całkiem nieoczekiwanie, w listopadzie. Było już mroźno, zbliżała się ostra zima… Siedział pod Groszkiem. Było bardzo rano, zimno, ciemno… Kupiłam mu jakieś jedzenie i pobiegłam do pracy. Następnego dnia go nie widziałam, ale nie dawał mi spokoju. Pytałam o niego z nadzieją, że go ktoś przygarnął… Trzeci kot w domu?! Nie. Już więcej nie. Potem była niedziela, a ja wiedziałam, że gdzieś się w okolicy błąka…. Zdecydowałam, że jak będzie znów pod Groszkiem, to go wezmę i zawiozę do schroniska. Wyszłam z domu i… Był! Nie pod Groszkiem, a pod moim blokiem!! Nie było odwrotu. Zaprowadziłam go do mieszkania. Nie da się ukryć, że to najbardziej dominujący, waleczny, choć o wielkim sercu kotek! Izoldzia natychmiast uciekła pod łóżko, Tristan przyglądał się z dystansem… A Filip… Jadł, jadł i jadł… Warczał i jadł. A potem, zwinął się kłębek na łóżku i… Zasnął. Wreszcie w cieple, najedzony i bezpieczny. Jak się domyślacie… Nie pojechał do schroniska. I to była moja wspaniała decyzja! Wszystkie z czasem bardzo się zaprzyjaźniły i tworzyliśmy cudowną ludzko–kocią rodzinę. 
Rok temu we wrześnie moje najdroższe Serduszko umarło… Był śmiertelnie chory, ale w ogóle tego nie pokazał. Choroba zabrała mi go w ciągu tygodnia… Wiem, że wziął chorobę za mnie. To ja miałam chorować, ale on wziął ją na siebie. Nie muszę pisać, jak strasznie mnie to bolało… Umarł w domu, dosłownie z moją twarzą przytuloną do jego brzuszka…Czułam jego ostatni oddech, ale pozwoliłam mu odejść… Obiecałam, że szybko do niego dołączę. I nic już nas nigdy nie rozdzieli. Jego ciało spaliłam, a prochy mam w urnie. Po jego śmierci, w ogóle go nie czułam. To było straszne dla mnie! Tak, jakby niewidzialny mur mnie dzielił od niego. Trzy miesiące później przyszedł jednak do mnie we śnie. Był baaardzo szczęśliwy! Tak jakby przeniknął mnie. Od tej chwili znów mam z nim kontakt, wiem, że istnieje, często rozmawiam z nim i czuję, że wspiera mnie, kiedy mi źle. Często śpię z urną tak, jak spałam z nim. Uwielbiał to!! Przecież to nadal jego ciało, tylko trochę inaczej wygląda. 
Fizycznie miejsce Tristanka zajęła Fikusia. Adoptowałam ją. Tak po prostu. Chciałam dać trochę miłości kolejnemu kotkowi. Jest przeurocza! Wniosła tyle radości, życia! Jest inna, niż Izoldzia, Filipek i Tristanek… Więc znów mam trzyosobową kocią rodzinę. 
Po śmierci Tristanka wiele się zmieniło, Izoldzia nadal jest wdową i nadal za nim tęskni… Nie chce być zbyt blisko z pozostałymi… Pewnie potrzeba jeszcze trochę czasu… Z kolei Filkusia zakochała się w Filipku! Oj, żeby tak ludzie kochali się, jak te kociaki, to świat byłby przepiękny! Nie zmieniła się natomiast kocia wierność i przywiązanie. Tak! Wyobrażacie sobie?! Nie tylko psy się przywiązują, koty też. I to jak! Są bardzo cierpliwe i dzielne, nie zaprzątają sobą głowy, same sobie radzą ze swoimi problemami, są dojrzałe, nie histeryzują, nie zabierają przestrzeni, dają dużo wolności, a mimo to... Są. Cicho, spokojnie, jakby niewidoczne… I wtedy, gdy człowiek też cichnie, kiedy zostaje sam ze sobą, czasem z problemami, czasem nie… One wtedy przychodzą… Skradają się… Miękko, lekko, bezszelestnie wspinają się na pofałdowaną ludzką postać, delikatnie przebierają łapkami, wyciągając i chowając na przemian pazurki, tak by przy tym nie zranić… To ich pełnia oddania i ofiarności. To mistycyzm. Największa, najbardziej intymna odsłona kociej miłości. One wtedy naprawdę są z człowiekiem. One wtedy są najwierniejszymi, najbardziej oddanymi, najbardziej ufnymi istotami. Oddają człowiekowi całe swoje Serce... 
Tej miłości nie można powiedzieć NIE…

[autorka: Łucja Krasińska]  

czwartek, 7 grudnia 2017

VII.061


Kubuś

Loopi

Merlin

Yennefer

Szyla


















Wesoła praska gromadka

         Na warszawskiej Pradze, w okolicach Dworca Wschodniego mieszka wesoła kocia rodzinka (plus dwoje Dużych).
         Yennefer – seniorka rodu, pierwszy kot, który pojawił się w domu. To ona nauczyła ludzi, jak obchodzić się z kotami i jak im służyć.
Yennefercia, ze względu na swój charakter często nazywana jest „udzielną księżną”. Patrzeć możesz, ale nie dotykaj. Ma swoje humorki i częste fochy, ale kiedy potrzebuje, jest najsłodszym kotem świata.
         Loopi – jako drugi pojawił się w rodzinie. Początkowo miał być lekiem na depresję, w jaką wpadła Yennefer, która źle znosiła samotność.
Loopiś to domowa ruda ciapka. Ale to chyba tylko poza. Potrafi tak się ustawić, że inne koty zaczynają się nim opiekować, myć go i ustępować mu miejsca. Poza tym jest wybitnym prosidełkiem i najlepiej ze wszystkich orientuje się, gdzie jest kocia szafka i kiedy nadchodzi pora jedzenia.
         Merlin – koteczka znaleziona na Olszynce Grochowskiej. Jej rodzeństwo Tosia i Gucio znalazły inne domy, ona postanowiła nie rozstawać się z Loopim, którego pokochała.
Jest delikatna, nieśmiała i bardzo subtelna... do czasu. Kiedy skończy się jej cierpliwość, inni uciekają w popłochu. Ale to zdarza się rzadko. Zwykle myje inne koty, śpi wtulona w nie i zaprasza do wspólnej zabawy. W stosunku do ludzi długo była nieufna, ale ostatecznie przekonała się, że człowiek nie jest takim najgorszym wynalazkiem i kiedy głaska, też jest miło.
         Kubuś - „zdziwiony kot”. Kiedy przybył, miał być dzikuskiem, nad którym będzie trzeba dużo pracować, aby otworzył się na człowieka. A on już po dwóch dniach rzucał się w ramiona, barankował i nadstawiał czoło do całusków.
Kuba jest największym pieszczochem, największym rozrabiaką, największym głodomorem, największym śpiochem... Po prostu nie uznaje półśrodków i wszystko robi na pełnym gazie. Potrafi być jednocześnie najbardziej wkurzającym i najukochańszym kotem.
         Szyla – znaleziona pod jedną z uczelni w Radomiu i przywieziona do Warszawy. Jej historii możemy się tylko domyślać. Miała inny dom, została wyrzucona, możliwe, że za wiele typowo kocich rzeczy był karcona. Teraz ładnie się otworzyła i na człowieka i na inne koty. Szybko nauczyła się broić. Ale też sygnalizować swoje potrzeby. Powoli staje się pieszczochą z charakterem.

Gośćmi Wesołej Praskiej Gromadki byliśmy już po raz 3-ci, wcześniej robiliśmy zdjęcia tymczasowych podopiecznych: Dyzia i Szyli. Dyzio niestety po trudnej i ciężkiej walce odszedł w ramionach swojej opiekunki już w domu stałym. A Szyla? Szylka pozostała u swoich tymczasowych opiekunów na stałe i możecie ją podziwiać na kadrach powyższej sesji.
Ich przygody możecie podziwiać na: Yennefer & Loopi oraz Praski Dom Tymczasowy

wtorek, 5 grudnia 2017

VII.060



















Ta opowieść jest podsumowaniem, czy ukoronowaniem moich działań w akcji "Mój Kot Ma Dom". Powraca w niej hasło, że "koty wiedzą" oraz przekonanie, które żywię od lat, że każdy szuka swego kota (to taki polski tytuł filmu... nie o kotach).
Nie zdarza się to jakoś nagminnie, ale czasami ktoś napisze do nas z prośbą o puszczenie linki do ogłoszenia adopcyjnego, albo zbiórki. Robimy to, bo czemu mielibyśmy nie robić? Czasami dopytujemy tylko o szczegóły — po pierwsze dlatego, że jest sporo oszustów wyłudzających kasę (wiecie o tym, to nagłaśniane sprawy), a po drugie dlatego, żeby w natłoku różnych informacji, precyzyjnie zaanonsować kolejną wiadomość tak, aby trafiła, dokąd trzeba. Pewnego dnia napisała do mnie osoba, która poprosiła o pomoc w znalezieniu domu dla jej kotów, bo sytuacja taka, a nie inna... Koty nagle przestały się ze sobą dogadywać. Walczyły o uwagę na różne sposoby — od ganiania słabszych i darcia pierza po sikanie poza kuwetą i znaczenie miejsc. Perspektywa przed jaką została postawiona dotychczasowa opiekunka kotów nie była różowa — eksmisja dla wszystkich sierści. Smutna sprawa. Pomyślałam sobie, że postaram się pomóc, ale potrzebuję szczegółowych informacji o kotach — ich stanie zdrowia, zwyczajach, wieku, szczepieniach, steryklach, ulubionych pokarmach i zabawach... Wszystkie te informacje otrzymałam, wraz ze zdjęciem kotek. Kotki były trzy, wszystkie rasowe, wszystkie piękne, wychuchane. 
W międzyczasie Iwona zapytała mnie, co sądzę o tym, żeby adoptowała jakąś ruską niebieską, bo ona jest gotowa do adopcji kota po śmierci Buni (poznaliście ją rok temu). Szczerze? Kotka, o której mówiła Iwona, mogła być równie straumatyzowana, jak Lukrecja. A ja nikomu nie polecę takiego kota. Szczególnie mając świadomość, że ten ktoś spędził ostatnich osiemnaście lat z kotem, który takich problemów nie sprawiał. I oczywiście zdaję sobie sprawę, że żaden kot nie będzie jak Bunia, ale to nie może i nie powinna być dzika, nietykalska laleczka, która będzie domowników wprawiała w wieczne poczucie winy..., że są ludźmi. 
Zapytałam Iwonę, czy widziała ogłoszenie na moim wall'u i czy może nie chciałaby ocikota zamiast ruskiej? Już wiecie, jaka była odpowiedź.
Pojechałyśmy poznać kotki. Od progu jedna wydawała się najbardziej ciągnąć do Iwony i... Chyba wiedziała, co robi, bo decyzja zapadła bardzo szybko. Na tyle szybko, że już za dwa dni Eshe — bo to o niej wpis — znalazła się w nowym domu, który podbiła i w którym została Cesarzową. W końcu był wakat na tej pozycji.

Eshe w nowym domu nazywana jest Eshi, bywa wszędzie, robi, co jej się żywnie podoba. A kiedy ktoś nie zwraca na nią uwagi, głośno o sobie przypomina. Jest bardzo towarzyska — lubi gości. Lubi też podkradać jedzenie — w sumie to nie podkrada. Przecież oczywiste było, że kotlecik jest dla Cesarzowej, a nie dla ludzkich służących. Nie wiadomo, o co ten raban... Czasami włącza sobie telewizor. Czasami wybiera jakieś książki, chociaż nie nakłoniła jeszcze Iwony ani Adriana do czytania sobie ich zawartości. Jest żywiołowa i wreszcie ma ludzi tylko dla siebie. A o to jej najwyraźniej chodziło... Zapytacie dlaczego?
Napiszę więc, że nie tylko Eshe ma się świetnie. Pozostałe kotki też. Zostały w swoim dotychczasowym domu, bo... relacje między nimi wróciły do normy. Koty wyciszyły się i są zadowolone. Cieszy mnie to o tyle, że widziałam ich więź z opiekunką i serce by mi pękło, gdybym musiała przykładać rękę do rozrywania jej... Eshe tymczasem sama zdecydowała, jakby wiedziała, że może iść sama, albo nadal terroryzować obecny dom i sprawić, że nikt nie będzie szczęśliwy. Okazuje się więc, że koty wiedzą, zawsze wiedzą (w sumie nie tylko koty, ale to opowieść na inny czas). No i wychodzi na to, że... każdy ma swojego kota, którego szuka... A czasami nawet znajduje. 
I tego właśnie wszystkim życzę!