poniedziałek, 11 grudnia 2017

VII.062

Filip

Izoldzia



Fikusia







„Nie lubię kotów… Zdecydowanie nie!! Wolę psy, wiadomo, te wszystko rozumieją, przychodzą na każde zawołanie… Można na nie liczyć, a koty?? Nieeee… Zdecydowanie nie… One przychodzą tylko wtedy, kiedy mają ochotę... Chodzą własnymi drogami i kompletnie nie ma z nimi kontaktu! One nie są dla człowieka”. 
Hmmm… Domyślacie się, że tak właśnie MYŚLAŁAM. Haha… To było… Niech ja pomyślę… Tak, to było jakieś siedem lat temu… 
Wszystko zaczęło się przez tę Zuzię. Zuzia to była kotka sąsiadów, młodziutka, długowłosa… Nie żebym się nią interesowała, o nie! Przecież ja wolałam wtedy psy! Owszem, kochałam wszystkie zwierzęta (jestem weganką od wielu lat) no, ale żeby z takim kotem w domu mieszkać, to nie… W żadnym wypadku! Ale tak się złożyło, że opiekunowie Zuzi musieli na kilka dni wyjechać i… Zuzia jakimś cudem została u mnie. Bez kuwety, bez jedzenia… KOT w domu. Po prostu. 
I… Zakochałam się!!! Pamiętam jej mruczenie. Pamiętam, jak spała mi przy głowie. Pamiętam, jak tęskniłam za nią, kiedy byłam poza domem i wiedziałam, że ona tam na mnie czeka. Miałam wtedy dość stresujący czas, a ona była, jak balsam dla duszy! Po czterech dniach opiekunowie wrócili i musiałam ją oddać. Niby piętro niżej, ale ja  już wiedziałam, że nie mogę żyć bez niej! Bardzo płakałam za nią, kiedy się rozstawałyśmy, ona to czuła. Nie chciała ode mnie odchodzić, nie mogła zrozumieć, dlaczego ją zostawiam. Drapała mnie… Nie potrafiła poradzić sobie z rozstaniem, tak jak ja. Jej opiekunowie nie pozwolili mi jej zachować. Przestałam też ją odwiedzać, żeby nie rozdrapywać ran. 
I wtedy postanowiłam, że muszę mieć kota! Takiego samego jak Ona. Nie miałam jednak zielonego pojęcia, co to koty, jakie są rasy, jak się zachowują, jakie mają charaktery. Wiedziałam, że Zuzia mnie pokochała i ja ją i chciałam taką Zuzię odnaleźć w internecie. I znalazłam. To był…Tristanek. Moje najdroższe, najukochańsze na świecie Serduszko. To był maine coon… z hodowli… Wtedy jeszcze obawiałam się brać kotka z ulicy lub ze schroniska, bo nic o kotkach nie wiedziałam… Zresztą, szukałam Zuzi, a taką Zuzią był…Tristanek. Tak mi się przynajmniej wydawało. To było w lutym. Zachwyciłam się nim. Był bardzo wrażliwy, bardzo delikatny, choć duży. Bardzo subtelny, elegancki, dawał tyle przestrzeni, niczego nie narzucał. Tęsknił za mną. Chodziliśmy razem tańczyć! Uwielbiał być ze mną, nawet kiedy głośno tupałam w tańcu. Czekał na mnie każdego dnia, a ja biegłam po pracy do niego. Czasem gryzł mnie w nogę… To dlatego, że tak tęsknił w ciągu dnia… Tak, jak małe dziecko, które ciągnie mamę za rękę, biega, skacze szaleje, żeby wypuścić tęsknotę za matką… 
W lipcu pojawiła się Izoldzia. Takie malutkie darło się w malwie pod oknem. Zaryzykowałam i przygarnęłam. Jak one się pokochały!!! To był ich cudowny wspólny czas — zabawa, bieganie, całowanie, przytulanki. I Tristan przestał mnie gryźć w nogę!! Nie zostawał sam, teraz miał swoją kocią miłość. No i ja też miałam już podwójną miłość, czekającą na mnie w domu! 
Filip pojawił się całkiem nieoczekiwanie, w listopadzie. Było już mroźno, zbliżała się ostra zima… Siedział pod Groszkiem. Było bardzo rano, zimno, ciemno… Kupiłam mu jakieś jedzenie i pobiegłam do pracy. Następnego dnia go nie widziałam, ale nie dawał mi spokoju. Pytałam o niego z nadzieją, że go ktoś przygarnął… Trzeci kot w domu?! Nie. Już więcej nie. Potem była niedziela, a ja wiedziałam, że gdzieś się w okolicy błąka…. Zdecydowałam, że jak będzie znów pod Groszkiem, to go wezmę i zawiozę do schroniska. Wyszłam z domu i… Był! Nie pod Groszkiem, a pod moim blokiem!! Nie było odwrotu. Zaprowadziłam go do mieszkania. Nie da się ukryć, że to najbardziej dominujący, waleczny, choć o wielkim sercu kotek! Izoldzia natychmiast uciekła pod łóżko, Tristan przyglądał się z dystansem… A Filip… Jadł, jadł i jadł… Warczał i jadł. A potem, zwinął się kłębek na łóżku i… Zasnął. Wreszcie w cieple, najedzony i bezpieczny. Jak się domyślacie… Nie pojechał do schroniska. I to była moja wspaniała decyzja! Wszystkie z czasem bardzo się zaprzyjaźniły i tworzyliśmy cudowną ludzko–kocią rodzinę. 
Rok temu we wrześnie moje najdroższe Serduszko umarło… Był śmiertelnie chory, ale w ogóle tego nie pokazał. Choroba zabrała mi go w ciągu tygodnia… Wiem, że wziął chorobę za mnie. To ja miałam chorować, ale on wziął ją na siebie. Nie muszę pisać, jak strasznie mnie to bolało… Umarł w domu, dosłownie z moją twarzą przytuloną do jego brzuszka…Czułam jego ostatni oddech, ale pozwoliłam mu odejść… Obiecałam, że szybko do niego dołączę. I nic już nas nigdy nie rozdzieli. Jego ciało spaliłam, a prochy mam w urnie. Po jego śmierci, w ogóle go nie czułam. To było straszne dla mnie! Tak, jakby niewidzialny mur mnie dzielił od niego. Trzy miesiące później przyszedł jednak do mnie we śnie. Był baaardzo szczęśliwy! Tak jakby przeniknął mnie. Od tej chwili znów mam z nim kontakt, wiem, że istnieje, często rozmawiam z nim i czuję, że wspiera mnie, kiedy mi źle. Często śpię z urną tak, jak spałam z nim. Uwielbiał to!! Przecież to nadal jego ciało, tylko trochę inaczej wygląda. 
Fizycznie miejsce Tristanka zajęła Fikusia. Adoptowałam ją. Tak po prostu. Chciałam dać trochę miłości kolejnemu kotkowi. Jest przeurocza! Wniosła tyle radości, życia! Jest inna, niż Izoldzia, Filipek i Tristanek… Więc znów mam trzyosobową kocią rodzinę. 
Po śmierci Tristanka wiele się zmieniło, Izoldzia nadal jest wdową i nadal za nim tęskni… Nie chce być zbyt blisko z pozostałymi… Pewnie potrzeba jeszcze trochę czasu… Z kolei Filkusia zakochała się w Filipku! Oj, żeby tak ludzie kochali się, jak te kociaki, to świat byłby przepiękny! Nie zmieniła się natomiast kocia wierność i przywiązanie. Tak! Wyobrażacie sobie?! Nie tylko psy się przywiązują, koty też. I to jak! Są bardzo cierpliwe i dzielne, nie zaprzątają sobą głowy, same sobie radzą ze swoimi problemami, są dojrzałe, nie histeryzują, nie zabierają przestrzeni, dają dużo wolności, a mimo to... Są. Cicho, spokojnie, jakby niewidoczne… I wtedy, gdy człowiek też cichnie, kiedy zostaje sam ze sobą, czasem z problemami, czasem nie… One wtedy przychodzą… Skradają się… Miękko, lekko, bezszelestnie wspinają się na pofałdowaną ludzką postać, delikatnie przebierają łapkami, wyciągając i chowając na przemian pazurki, tak by przy tym nie zranić… To ich pełnia oddania i ofiarności. To mistycyzm. Największa, najbardziej intymna odsłona kociej miłości. One wtedy naprawdę są z człowiekiem. One wtedy są najwierniejszymi, najbardziej oddanymi, najbardziej ufnymi istotami. Oddają człowiekowi całe swoje Serce... 
Tej miłości nie można powiedzieć NIE…

[autorka: Łucja Krasińska]