wtorek, 25 kwietnia 2017

VII.006











Nasza historia nie jest bardzo długa. Odkąd wyprowadziłam się z domu rodzinnego, brakowało mi zwierzaka (zwierzęta były obecne w moim domu, odkąd pamiętam). W domu z mamą i siostrą został "mój" pierwszy zwierzak – mówię „mój”, bo mnie sobie wybrał na swojego człowieka – kot Regis – przybłęda oczywiście. W nowym mieszkaniu brakowało mi kociego kompana, bo wiadomo, że życie bez kota  jest, jak butelka po winie – puste. Jestem filmowym maniakiem, więc wymarzyłam sobie, że jeśli kiedyś będę miała pod opieką zwierzaka – nazwę go Alfred na cześć reżysera Alferda Hitchcock'a. Pewnego listopadowego dnia 2012 roku zadzwoniła do mnie siostra z informacją, że znajomi znaleźli malutkiego kotka w lesie podczas spaceru z psem. Kot ze względu na alergie nie mógł pozostać u osób, które go odnalazły, jednak ich pomoc przyczyniła się do tego, iż zwierzak poszukiwał odpowiedzialnego domu. Decyzja o adopcji nie była dla mnie najłatwiejsza. Wynajmowane mieszkanie, a co za tym idzie, widmo  niechęci właścicieli mieszkania – budziło we mnie wątpliwości. Jednak wystarczyło, że siostra pokazała mi zdjęcie kociaka...  Zobaczyłam na zdjęciu malutkiego, kudłatego, brudnego, rudego kociaka z zezem – jak się okazało spowodowanym zapaleniem spojówek. Co najciekawsze  kociak wyglądał na Alfreda i tak został moim Alfredem. Zdecydowałam się niemal natychmiast – prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia! To był 23 albo 24 listopada  poznałam Alfreda osobiście i zostałam jego mamą. Pamiętam, że niosłam go na rękach zawiniętego w szalik, co chwila patrzyłam, czy jeszcze tam jest – był tak malutki, że "nic" nie ważył. Pierwszym przystankiem na drodze do domu był weterynarz, WETERYNARZ! W pracy wzięłam wolne. Młodego trzeba było jeszcze karmić mlekiem. W domu zabezpieczyć dokładnie każdy zakamarek – Alfred wciskał się wszędzie, a później nie umiał wyjść. Tego dnia wszystko się zmieniło. Pierwszy raz czyjeś malutkie życie zależało tylko ode mnie. Na gruncie wychowawczym poległam całkowicie... Rozpieściłam swojego podopiecznego, jak to tylko możliwe, chcąc wynagrodzić mu kiepski "start". Alfred nie jest przytulaśnym kotem, który przesypia większość dnia. Nie przychodzi kłaść się na kolanach ani nie ociera o nogi gości w domu. Codziennie budzi mnie o 5 rano krzykiem najgłodniejszego kota na świecie, przychodzi się przytulać tylko, kiedy on chce  ja tu nie mam nic do gadania. Kiedy mruczy  zawsze ugniata łapkami i strasznie się ślini. Trzeba go poganiać po mieszkaniu inaczej będzie marudził i nie pójdzie spać... To znaczy, że i mnie nie da usnąć. Zawsze znajduje się w pomieszczeniu w domu, w którym ja przebywam i absolutnie zawsze wyczuwa mój zły nastrój. Wtedy na siłę się przytula, głośno mruczy i liże po nosie. Kiedy wracam do domu  wita mnie przy drzwiach. Jeśli przyjdę bardzo późno  najpierw ze złością na mnie zamiauczy, a potem dopiero przywita. Do obcych oraz ludzi, których nie widuje codziennie  jest bardzo nieufny – nie da się dotknąć. Musi kogoś dobrze poznać, żeby okazać mu sympatię. Nie przepada za innymi zwierzętami ani za dziećmi, wiem jednak, że uwielbia mnie, a ja uwielbiam jego i to chyba jest najważniejsze. Mogłabym tu książkę napisać o tym, co robi, jak, kiedy, dlaczego, ale obawiam się, że owa książka byłaby ciekawa tylko dla mnie. 
Dodam jeszcze, że Alfred nauczył mnie odpowiedzialności i cierpliwości – co nikomu innemu się jeszcze nie udało. Gdybym dziś jeszcze raz miała podjąć decyzję, czy go przygarnąć  nie zastanawiałabym się ani sekundy!”

Zuzanna Szostek  opiekunka Alfreda