Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F-W: Sandman Marta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F-W: Sandman Marta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 listopada 2015

V.084









Pewnego wrześniowego dnia odwiedziłam Bydgoszcz, a tam dom Mai i Łukasza, którzy są opiekunami małego, sympatycznego Warwika. Zaczęłyśmy niestandardowo — od ożywczego spaceru po lesie, gdzie piesek pokazał mi jak mu wspaniale w takim otoczeniu. Podczas gdy maluch wariował pośród leśnego runa, ja mogłam poznać jego historię. 

Warwika poznaliśmy dwa lata temu w pewien weekend, kiedy to pojechaliśmy ze znajomymi w Bory Tucholskie do ich domu po dziadkach. Przywitał nas, jak tylko wysiedliśmy z samochodu. Widać było, że bardzo garnie się do człowieka, ale jednocześnie panicznie się go boi. Cały weekend spędził z nami, chodził na spacery, na ryby. Spał na wycieraczce pod drzwiami. Obok był inny dom i do tych właśnie ludzi należał, ale nie bardzo się nim interesowali. Podobno został zabrany od jakiegoś pana, który chciał się go pozbyć. Na wsi wiadomo, co to znaczy. Warwika chciałam ukraść, żeby zapewnić mu lepszy byt, ale niestety nie było to takie łatwe. Kudłaty wyglądał na starego psa, wiedziałam, że nie mając budy i schronienia, każda zima mogła zakończyć jego życie. Był zapchlony i nie wyglądał dobrze. W końcu dzięki pomocy kolegi, który mieszkał obok i porozmawiał z jego opiekunami, dostaliśmy zgodę na zabranie go. W międzyczasie musiałam jeszcze do tego przekonać mojego narzeczonego i przyjaciela, z którym wtedy mieszkaliśmy. Bałam się, jak to będzie, kiedy zabierzemy psa do miasta, czy będzie mu dobrze z nami?
Zaraz po przywiezieniu go do Bydgoszczy mieliśmy umówioną wizytę u weterynarza. I wtedy okazało się, że Warwik ma zaledwie cztery lata, a nie jak sądziliśmy powyżej diesięciu. 
Początki były trudne, bo pies bał się wszystkiego, zaczynając od podniesionego głosu i ręki, kończąc na wejściu do kuchni. Na spacerach się ożywiał, czuł się tam pewniej. I tak po kilku pracowitych tygodniach pozwolił się pogłaskać po brzuszku, teraz to już norma i uwielbia takie pieszczoty. Bardzo się zmienił, ale nadal jest lękliwy. Uwielbia spacery po lesie, które codziennie mu zapewniamy. Ma też kontakt z innymi psami. Ogólnie jest kochanym pieskiem i bardzo zmienił nasze życie, na lepsze oczywiście.

środa, 18 listopada 2015

V.079









(Moja pierwsza wizyta w ramach akcji. Nie mogłam się jej doczekać z dwóch powodów: Ponieważ koty. I ponieważ Trzy koty.
Już od progu razem z opiekunką Agnieszką przywitało mnie to urokliwe trio. Udało się zrobić zdjęcia całej ekipie, a nawet okazało się, że niektórzy mają wyjątkowe parcie na szkło. W międzyczasie podczas rozmowy z Agą poznałam ich historię.)

Hodowałam chomiki, po śmierci ostatniego postanowiłam kupić szynszylę, adoptowałam kota. A potem jeszcze dwa.
Udałam się do Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Toruniu po kota, który spodobał mi się na stronie internetowej. Już go nie było, bo adoptowano go parę dni wcześniej. Panie zaprowadziły mnie do ambulatorium i tam zakochałam się w biało-rudym futrzaku.
Too-tiki to moja miłość od pierwszego wejrzenia. I chyba z obu stron, bo kocurek nie znając mnie, od razu położył przede mną głowę do głaskania. Był chudy, wybrudzony i, mimo starań pracowników schroniska, wciąż pełen pcheł. Przebywał w ambulatorium od pięciu dni i wystarczyło spojrzeć na niego raz, żeby mieć pewność, że tam, gdzie mieszkał wcześniej, było źle. Bardzo źle.

Pierwszego dnia chodził po domu, jakby mieszkał tu od zawsze. Pierwszej nocy spał na poduszce, przytulony do mojej twarzy. To był mój kot, a ja byłam jego człowiekiem.
Tutek jest wspaniały, bardzo spokojny, pro-ludzki, kandydat do felinoterapii. Masażysta, idealnie trafiający w bolące miejsca i rewelacyjnie rozpoznający nastrój człowieka. To niesamowite, jak wie, kiedy ktoś jest smutny i przychodzi go pocieszać, na swój koci sposób. Jest bardzo przyjazny również w stosunku do innych kotów i zaprzyjaźnia się z nimi natychmiast, bez syczenia, prychania i bójek. Amator kartonowych drapaków, waleriany w sprayu i niekończących się drzemek.

Too-tiki, z natury leniuch i śpioch, zdecydowanie za szybko przybierał na wadze i potrzebował kociego towarzystwa do zabaw. I tak pojawiła się Nini.
Nini to dzikus i hrabina w jednym. Jest dwuletnią kotką, również adoptowaną ze schroniska w Toruniu. Była bezdomnym kotem, odłowionym do sterylizacji. Jest zdystansowana, długo przekonuje się do nowych osób. Jest powściągliwa, więc tym większym wyróżnieniem jest dla mnie, gdy w nocy wślizguje się pod kołdrę i zasypia przytulona do mojej nogi. Choć najmniej skora do pieszczot, to najgłośniej mruczy, gdy przytulam ją wieczorem. Całe dnie spędza na parapecie, oglądając ptaki w ogrodzie. Gaduła największa na świecie! Uwielbia piłki, gumki do włosów i… aportowanie. Jest słodka i kochana, ale w gabinecie weterynaryjnym wychodzi z niej tygrys – podcinanie pazurów i zastrzyki to prawdziwa wojna z doktorami i pokaz dzikiej natury.

Nini jest bardzo żywiołowa i absorbująca, a ja czasami chciałabym się wyspać, więc do stada dołączyła Tuulikki – miała wypełnić pustą przestrzeń między zbyt spokojnym Too-tiki, a wymagającą ciągłej zabawy Nini i wpasowała się idealnie.
Tuulikki, zwana Tulisią lub po prostu Tuli, została adoptowana z toruńskiej Fundacji Hospicjum dla Kotów Bezdomnych, miejsca wyjątkowego, w którym dom i opiekę na ostatnie dni, miesiące, lata otrzymują koty bezdomne, nieadopcyjne – chore, po wypadkach. Tuliśka trafiła do Hospicjum jako małe i zdrowe, ale niesamodzielne kociątko i tam, wykarmiona butelką, doczekała swoich pierwszych urodzin. Została adoptowana krótko po urodzinach – taki prezent.

Tulisia jest namolniakiem i pieszczochem. Co noc budzi mnie barankami w czoło. Jest wesoła, uwielbia zabawki, piórka i gonitwy po domu. Osiąga zawrotne prędkości i pokonuje każdą wysokość – biega po szafach, półkach, regałach. Jest bardzo towarzyska tak w stosunku do kotów, jak i ludzi.

Too-tiki, Nini i Tuulikki uzupełniają się wyśmienicie. Są stadem, które dba o siebie nawzajem i troszczy w czasie chorób. Bawią się, rozrabiają, razem zgodnie jedzą i śpią. Każdy charakterek jest inny, ale każdy idealnie pasuje do całości.
Koty wprowadziły do mojego życia sporo radości. Uwielbiam obserwować ich wspólne zabawy, nawoływania, czasami sprzeczki. Ale nie zawsze jest pięknie. Są łzy i poczucie bezsilności, bo zwierzęta, jak każdy członek rodziny, bywają też chore. Nini jest uczulona na większość leków i maści, więc leczenie jej przysparza kłopotu i mnie i lekarzom, a co za tym idzie, generuje wydatki. Too-tiki choruje na zapalenie pęcherza, więc wymaga stałej kontroli i specjalistycznej karmy. Tulisia ma problemy z zatokami – tylko i aż.
Adoptowałam koty na dobre i na złe.
Moje małe stado, szczęście razy trzy.
Najlepsza decyzja.

niedziela, 23 sierpnia 2015

V.049

Sammy vel Samełek
Castiel
Dean







Szczęście liczy się w kotach

Moje szczęście na dodatek jest kolorowe: Rudo-biało-czarne.
Castiel i Dean poznali się we wczesnym dzieciństwie, w domu tymczasowym. Potem wspólnie trafili do domu stałego... a raczej stałego tylko z nazwy, gdyż po dwóch miesiącach znowu zostali oddani. Przekazywani z rąk do rąk, niczym zużyty sprzęt, w końcu trafili do toruńskiej fundacji. Potem los sprawił, że trafiłam na ich ogłoszenie. Nikt nie chciał dwupaku, rozważano rozdzielenie kociaków. Serce mi się krajało na samą myśl. Po kilku nocach rozmyślań, długich rozmowach, padła decyzja — koty zamieszkają u nas. No i się zaczęło...
A niecały rok później, do ekipy dołączył Sammy — mój wymarzony kotełek rasy ragdoll.

Trzy koty, trzy kolory, trzy różne charaktery. Rudy Castiel to nieskromnie mówiąc kot idealny. Bezproblemowo adaptuje się w nowych miejscach, zje wszystko, co dostanie, tuli się bez końca do nas i kotów, jest posłuszny... i śpiewa niczym krzyżówka małpki z myszką. W śpiewie i ogólnym gadulstwie wyprzedza go jednak Sammy (czy raczej Samełek bądź Misiumisiu). Zazwyczaj dyskusja z tym biało-kremowym jegomościem kończy się jego tarzaniem po podłodze i wymuszaniem większej ilości głaskania i miziania. Tak, to naczelne DZIECKO w rodzinie, rozpieszczone jak dziadowski bicz. Już od najmłodszych lat ubzdurał sobie, że jest pępkiem świata. A ja naiwna matka, tylko go w tym utwierdzam.
Nieco w cieniu powyższej dwójki żyje sobie Dean — Pan Indywidualista. Trzyma się trochę na uboczu, zazwyczaj na wysokościach i obserwuje sytuację w domu. Jednak kilka razy dziennie, ma silna potrzebę socjalu, wtedy schodzi na ziemię i zaczepia braci do zabawy. W stosunku do ludzi Dino nie jest nachalny, wręcz przeciwnie — jest uroczo nieśmiały. Zagadany przez nas zaczyna się turlać i pokazywać brzuch do głaskania, strzela baranki i ugniata. Zawsze się zastanawiam, dlaczego ten czarnulek z najdelikatniejszą psychiką obrywa od "życia" i najczęściej choruje?