Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F-W: Nowicka Iwona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F-W: Nowicka Iwona. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

V.056














Buka i Jogin

Nie było łatwo umówić się z psem za pośrednictwem kota. Ten duet jest nierozłączny, dlatego w pewne słoneczne południe pojechałam na spotkanie z wyjątkowym psem i jego kumplem. Chłopaki zabrali na spacer bezsierstnych opiekunów, żeby się też trochę przewietrzyli. No i w końcu ktoś musiał rzucać piłkę i tulić. W drodze powrotnej mimo GPS'a zgubiłam się tylko dwa razy, ale to już temat na inny blog. Ponieważ Jogin jest kotem wyjątkowym, to on napisał o swoim kumplu. Czytajcie, oglądajcie i poczujcie moc tej przyjaźni...

Cześć! Tu Jogin — kot. Tak jestem kotem, ale nie byle jakim kotem...
Jestem majestatycznym, najwspanialszym, najprzystojniejszym zmotoryzowanym kotem artystą, blogerem, malarzem... No dość o mnie, wiem, jestem wspaniały!
Dziś chcę wam opowiedzieć o moim najlepszym kumplu Buce. Buka, bo tak mu na imię, jest psem, ma wielką głowę, wielkie łapy, paszczę jak lew i ogon, którym potrafi robić huragan! 

Bukol ma jakieś trzy lata, przyjechał z terenów nadmorskich z jakieś hodowli, nie znam się na tym, więc pominę ten temat, opowiem wam, jak go poznałem. Gdy przyjechałem do Ciotki ze schroniska na dom tymczasowy, początkowo bałem się tego psa... W końcu to pies a ja jestem kotem. KOTEM! Początkowo chowałem się przednim i unikałem go... Na trzeci dzień do mojego luksusowego apartamentu przyszedł on, wielki trzydziestosześciokilogramowy Buka.. i co zrobił? No co??? POLIZAŁ MNIE!! Oszalałem! Myślałem, że mnie zje, popuściłem aż w pieluchę, ale on polizał mnie, popatrzał i powiedział: "Hej, zostawiam ci buziaka". BUZIAKA??? OSZALAŁ!! Albo i ja oszalałem... Przychodził do mnie parę razy dziennie i zostawiał mi buziaki... Zacząłem je liczyć 1, 2, 3, 4, 15, 21... To nie miało końca... Moja fryzura legła w gruzach... Ale za to miałem darmowy żel do włosów. Po paru kolejnych dniach przyzwyczaiłem się do zostawianych mi buziaków, nie bałem się już Buki, wręcz przeciwnie okazał się bardzo pomocny... Gdy kiedyś utknąłem w drzwiach, bo zahaczyłem nogami o framugę, przyszedł i mnie popchnął, pomagając mi się wydostać z tej pułapki. Innym razem przyniósł mi masę zabawek... Zrobiłem sobie z nich fajny plac zabaw. Okazało się też, że jego ogon ma super moce i potrafi nim machać dzień i noc! Oczywiście zrobiłem sobie z tego użytek, super zabawka do łapania, podczepić jakieś piórka i można gonić. Staliśmy się kumplami, wszystko robimy razem. Nawet chodzimy razem na spacery. Koty na dzielnicy aż kwiczą z zazdrości... Taka obstawa...? Godna kociego Picasso! 

Mógłbym wam opowiadać wieczność o naszych wspólnych przygodach, ale dziś krótko, bo chcę wam w ten sposób pokazać, że nie liczy się wygląd zewnętrzny i to, co mówią ludzie... "Patrz, idzie pies morderca!" albo "Jeszcze nie zjadł tego kota?", "Nie głaskaj tego psa, bo ci rękę odgryzie"... Lecz liczy się to, co ma się w środku, a ten pies ma WIELKIE SERCE dla wszystkich zwierząt, które są w potrzebie. Nie jestem jego pierwszym niepełnosprawnym kumplem... W naszym domu mieszka ich trochę. Ale on dba o wszystkich, każdemu zostawia buziaki i dla każdego znajdzie chwilę na wspólne zabawy lub po prostu na wspólne błogie lenistwo na dywanie. Kocham tego psa i koniec, kropka! Mówcie sobie, co chcecie... 
Pozdrawiam Jogin — kot na wózku.

środa, 15 lipca 2015

V.030













O nas, czyli Dom Tymczasowy na Poddaszu od podszewki

Czy piękny, ciepły czerwcowy dzień z Margaritą w tle może być jeszcze lepszy? Ano może. Zawsze przecież można znaleźć kota na środku Starego Rynku w Poznaniu. Tak właśnie zaczyna się moja historia z kotami. Najpierw pojawiła się ona. Małe, nieziemsko brudne, zaropiałe i zapchlone kocie futerko, próbujące ostatkami sił uciec przed złymi ptakami i groźnymi przechodniami pod rynnę. W momencie, kiedy ją wzięłam pierwszy raz na ręce i kiedy to małe coś zasnęło po chwili na moich kolanach, wyczerpane i zapewne głodne. Kiedy próbowałam ją obudzić, przez dobre 10 minut w trwodze, że to już koniec i kiedy ostatecznie otworzyła jedno oko z wymownym „czego?!” Wtedy wiedziałam, że to jest to. Kot najcudowniejszy na świecie! Przez pierwsze pół roku nie mogłam wymyślić dla niej imienia. Wszystkie wydawały się takie pospolite, zwyczajne, a ona jedyna i niepowtarzalna. Taka mała księżniczka, ale z charakterkiem. Stąd pomysł na bajkowe imię, jedyne i nieprzeciętne „Piękna i Bestia”. Bo to, że jest Piękna, to każdy widzi a to, że Bestia, to należy ostrzec potencjalne ofiary jej zębów. Bestia to moje oczko w głowie. Zawsze będę uważać, że jest najwspanialsza, najukochańsza. Moja cudowna księżniczka. Bestia obala tezę, że kot nie przywiązuje się do ludzi. Kiedy parę lat temu musiałam wyjechać na kilka miesięcy za granicę i Niunia została pod opieką rodziny, w momencie mojego powrotu i przejścia przez drzwi nie spodziewałam się , że kot tak szybko biega. To był iście koński galop przez całe mieszkanie, żeby wskoczyć w moje ramiona przytulić się i strzelić focha na kolejny tydzień.

Po 5 latach przyszedł czas na krok do przodu. W końcu tajemniczy Pan P. też powinien mieć swojego kota. I tak przeglądając strony różnych fundacji z Poznania i okolic szukaliśmy kogoś, kto nas urzeknie. Pojawił się i on. Kot dorosły, stateczny, po przejściach, o niemożliwie smutnych oczach. Silver. Przez prawie dwa miesiące trwały zażarte rozmowy, czy na pewno chcemy kolejnego kota i czy on, ówcześnie siedmioletni kocur, jest właśnie tym, kogo chcemy. W końcu, w maju 2011 roku, adoptowaliśmy Silvera z Fundacja Agapeanimali, a dokładniej adoptował go Pan P.
Silver (obecnie Sylwester) jest to kot, który towarzyszył Fundacji od samego początku. Najpierw jako kot wolnożyjący, dokarmiany przez wolontariuszy fundacji. Stąd jego wiek, w chwili adopcji określony na 7 lat, bo tyle czasu Fundacja go dokarmiała. Jednakże jego wieku nigdy nie poznamy, bo w momencie pojawienia się w miejscu dokarmiania, był już kotem dorosłym.
A jak to się stało, że Silver stał się kotem adopcyjnym? Nic prostszego. Po prostu pewnego razu Silver sam zadecydował, że potrzebuje pomocy i próbował się wcisnąć do fundacyjnej kotulni. Wtedy wyszło, jak bardzo życie na dworze dało mu w kość. Stan zapalny zębów, skóry oraz pęcherza. Było co leczyć. Po podleczeniu Silver stwierdził, że nie chce wracać na dwór i tak został w domu tymczasowym, czekając na adopcję. Wtedy pojawiliśmy się my.
I w ten oto magiczny sposób Silver, czyli Sylwester, jest z nami od 4 lat. Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Nawet jeśli jego relacje z Piękną i Bestią nie są różowe, a przyjaźń między nimi bardzo szorstka, to po protu trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny. Sylwka my wybraliśmy! Został przez nas adoptowany! Jest nasz i nic tego nie zmieni! Sylwek jest wspaniałym kotem i pomimo choroby (przewlekła niewydolność nerek), cieszy się życiem, jak nigdy wcześniej.

Oczywiście wszyscy wiedzą, że z kotami jest jak z piwem i chipsami; „nigdy nie kończy się na jednym”. Nie mogąc przestać myśleć o kolejnym kocie, Pan P. wpadł na genialny pomysł zostania domem tymczasowym (dla niewtajemniczonych jest to kocia rodzina zastępcza). Toż to idealne rozwiązanie dla takich niezdecydowanych robaczków jak my. No i wtedy się zaczęło. Najpierw wzięliśmy dwa maluchy, potem jeden poszedł do adopcji, to wzięliśmy jeszcze dwa. Następnie mając 3 kociaki, ja znalazłam kolejnego na ulicy. No zrobił się mały sajgon w domu. Jak się uspokoiło to oczywiste było, że 2 koty w domu to mało. No to kolejny tymczas i kolejne wyzwania. Tymczasowanie kotów działa jak narkotyk. Bardzo wciąga i uzależnia. Kiedy myślisz, że jest źle i go odstawiasz, po chwili czujesz, że musisz znowu go wziąć, bo jest ci źle i smutno. Do tej pory przez nasz dom przeszło 18 kotów. 

Zapewne teraz wszyscy się zastanawiają, skąd się w takim razie wzięło w naszych szeregach to cudne czernidło, które nie chciało się pokazać podczas sesji z ciocią Iwoną? Otóż jest to Sumi, zwana Sumatrą.* Wielka miłość Sylwka i tak zwany wieczny tymczas, którego nikt nie chciał adoptować i został z nami już na zawsze. Trochę smutno to brzmi, kiedy mówi się o kocie, że nikt go nie chciał. Ale to nie do końca prawda. My chcieliśmy, bo Sumatra jest wspaniałym kotem. Totalnie ugodowa w stosunku do innych kotów, nie ma w niej cienia agresji. Po prostu urodzona pacyfistka. Nawet Bestia ją trochę lubi, a to nie zdarza się często. Historia Sumi jest bardzo krótka. Miał się złapać koci maluszek, złapała się ona. Najpierw miała być tylko kastracja i wypuszczenie koteczki, ale że była bardzo mroźna zima i jej pobyt u nas przeciągał się, postanowiliśmy zaryzykować i zrobić z niej kota. Trwało to tylko 2 lata. Na początku nikt Sumatry nie widział. Po prostu mówiliśmy znajomym, że tam na antresoli czai się czarny kot, a oni nam wierzyli. Teraz sytuacja wygląda inaczej. Czasem nawet do obcych Sumatra wyjdzie, pokaże swe wdzięki, po czym niknie w otchłaniach ciemności. Do dziś śmiejemy się, że Sumatra ma rozdwojenie jaźni. Z rana wchodzi do łóżka, wywala kopyta do góry, brzuch i sadełko do całowania i taśtania, a za 5 minut człowiek próbuje ją pogłaskać w kuchni i widzi wielkie zielone oczy, pytające z przerażeniem „kim ty jesteś?!” I tak do wieczora. Bo wieczorem znowu budzi się w niej zwierzę głodne czułości. Wtedy Sumatra wskakuje na kanapę i przeraźliwym piskiem domaga się tarmoszenia i głaskania. A że nas dobrze wychowała, spełniamy jej wszelkie zachcianki. I tak sobie żyjemy. Ja, Pan P. nasze 3 koty oraz tona tymczasów.
Czasem trafiają do nas młode koty, czasem stare, chore. Niekiedy nic im nie dolega fizycznie, „tylko” straciły opiekuna i dach nad głową. Jak wiele kotów, tak wiele historii. A ja kocham każdego z nich. Czasem dają nam popalić. Czasem zasikają łóżko, zdemolują łazienkę, rozszarpią ważny dokument. Ale bez nich jest nudno. Każdy ma jakąś pasję w życiu. Naszą jest poznawanie nowych kotów, leczenie ich, pomoc w przywróceniu zaufania do człowieka. Wszystkie te skrzywdzone i niechciane istoty zasługują na pomoc, którą my staramy się im zaoferować. Naszym celem jest zapewnić im dobrobyt i sielskie życie.

Ewa Powęzka

* Wszystkie zdjęcia Sumatry są autorstwa Ewy i pochodzą z archiwum domowego — ja nie byłam w stanie zrobić jej ani jednego zdjęcia.

poniedziałek, 6 lipca 2015

V.026







Misza

Misza mieszka w Zduńskiej Woli w domu pani Danuty i pana Andrzeja, rodziców mojego narzeczonego. W tym domu zawsze były psy, zawsze małe i zawsze suczki. Kiedy ostatnia z nich pobiegła za Tęczowy Most, męska część rodziny została wysłana na poszukiwanie nowego psa. U znajomych były akurat szczeniaki i tak 12 lat temu, ku niezadowoleniu pani Danuty w domu pojawił się Misza. Z czasem Misza podbił serca wszystkich w tym pani Danuty. Misza jest psem podwórkowym, a właściwie ogrodowym. Ma do dyspozycji ogromny ogród, nową budę i swoją miskę, z której regularnie podjadają mu ptaki. Do domu wchodzi tylko, gdy jest burza, której się bardzo boi albo gdy jest mróz. Na zdjęciach widzicie Miszę w jego letniej odsłonie, albowiem raz do roku przed upałami Miszka jest zabierany do psiego fryzjera na zmianę fryzury. Nie jest tym zachwycony i następnych kilka dni spędza w budzie, wstydząc się swojego nowego wyglądu. Uwielbia dzieci i bardzo cieszy się, kiedy do domu przyjeżdżają wnuki. Ma wtedy towarzystwo do zabawy, biegania i dodatkowe ręce, które go głaszczą. Opiekunowie potrafią długo opowiadać o Miszy. Na przykład o tym, jak to do budy Miszki zakradł się kot i pies nie umiał go wygonić, tylko chodził wokół budy i szczekał. Albo o przyjęciu z grillem, gdy Misza ukradł kawał boczku i wszyscy rzucili się ratować obiad. O tym, jak to podczas budowy domu Misza zamiast pilnować, spał sobie w najlepsze i jak został na tym przyłapany. Opowieści jest bardzo dużo.


Miszka ma 12 lat. Jest już może trochę wolniejszy. Trochę gorzej słyszy, bardziej woli leżeć i wygrzewać się na słońcu, niż ganiać za ptakami. Jest członkiem rodziny. Towarzyszem przy ognisku, kimś, kto zawsze pierwszy przywita przy furtce. Kimś, kto pomoże zjeść ostatni kawałek kiełbasy z grilla. Synowie i wnuki przyjeżdżają raz na jakiś czas, a Misza jest zawsze. Rano przywita radosnym szczekaniem. W południe rozbawi biegając po ogrodzie i tarzając się w trawie. A wieczorem, przy ognisku, ułoży się przy nogach i będzie spał. Dobrze, że jest.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

V.021

















Frida, Nakata i Syriusz

Karolinę poznałam dzięki Ani drugiej poznańskiej wolontariuszce akcji MKMD. Karolina oprócz najpiękniejszego widoku na Poznań, jaki w życiu widziałam, ma też trzy koty. Czarną i nieśmiałą Nakate, Fride - krówkę bez ogonka i części łapki oraz Syriusza skaczącego za piórkiem mimo braku łapki. Niepełnosprawne koty? Te skaczące i próbujące łapać piórka? Karolina sama o nich napisała. Ja mogę od siebie dodać tylko jedno - wyjątkowi ludzie mają wyjątkowe koty!

Trzy koty temu byłam normalna 

Tak rzecze moja tabliczka na drzwiach, ale nie do końca jest to prawdą. 
Zawsze towarzyszyło mi jakieś zwierzątko, we wczesnym dzieciństwie psy, kot, a później przez długie dziesięć lat nieodżałowanej pamięci królik o wdzięcznym imieniu Johny (gdziekolwiek jesteś, głaszczę Cię teraz po grzbiecie!).
 
Kiedy po niemal roku wróciłam do Polski z zamorskich wojaży, wiedziałam, że w pustym mieszkaniu nie wytrzymam. Nie trzeba było długo czekać, moja ekskobieta zadzwoniła z płaczem, że ma do wydania niepełnosprawne kociątko, którego nikt nie chce. Jestem specjalistką od przygarniania tego, czego nikt inny nie chce i tak w moim domu pojawiła się Frida, pingwinek bez połowy ogona i stopy. Szybko zaprzyjaźniłyśmy się. Jeden kot w domu to jednak o co najmniej jednego za mało, więc szybko rozejrzałam się po fundacjach i trochę niechcący, trochę przypadkiem w domu pojawiła się Nakata. Brzydka jak nieboskie stworzenie czarna kotka, z matową sierścią, chuda jak patyk.
I tak rozpoczął się najpiękniejszy związek jaki dane mi było kiedykolwiek obserwować, czasem jest to love/hate relationship, ale jednak więcej w nim miłości. Całowanie po uszkach, wspólny sen i asystowanie sobie wzajemnie we wszystkim. Nakata została przewodniczką nie do końca sprawnej Fridy.

W takim to sfeminizowanym składzie przeżyłyśmy rok. 
Nadszedł styczeń i mimo zimy, w mojej czarnej jak wszystkie posiadane ubrania duszy zrodziła się ponownie chęć ocalenia kociej biedy. Okazało się, że fejsbukowa grupa "Ja pacze sercem" organizuje transport kocich i psich bied z okręgu ługańskiego na Ukrainie. Dorobiłam się w ten sposób emigranta, poszkodowanego w wyniku ludzkiej bezduszności - Syriusza. Syriusz, roczny dziś kocur, został w swoim rodzinnym Dniepropietrowsku przywiązany drutem i przygnieciony gruzem w piwnicy. Jego noga nadawała się tylko do amputacji, zresztą nieprawidłowo wykonanej. Jednakowoż Syriusz radzi sobie świetnie i mimo krzywdy, jakiej doznał, jest najbardziej miziastym miziaczem po tej stronie Missisipi, codziennie budzi mnie mruczeniem i barankami.
Chwilowo nie planuję kolejnych kotów, ale kto wie, co przyniesie los i jaką biedę spotkam na swojej drodze. Bycie crazy cat lady to zajęcie na pełen etat, nie przelewki!



piątek, 24 października 2014

IV.103

















W opowieści o moich kotach nie będzie żadnego dramatu. Nie wzięłam ich ze schroniska, ani z fundacji. Nie są znalezione na ulicy, nikt ich nie musiał ratować przed złymi ludźmi lub śmiercią. Są za to kotami wymarzonymi, wytęsknionymi i wyczekanymi. Są spełnieniem marzeń małej dziewczynki, którą kiedyś byłam. Od czego by tu zacząć? Chyba od początku….

Odkąd pamiętam chciałam mieć kota. Niestety moi rodzice nie zgadzali się na żadne zwierzę w domu. No ewentualnie mogłam mieć chomika. Mieszkaliśmy wtedy w Czerwonaku koło elewatora zbożowego. Zboże, myszy… koty. Była tam kolonia dzikich, wolnożyjących kotów, które mogłam łapać, przytulać i wyobrażać sobie, że któryś z nich jest mój. Dorosłam, nawet bardzo i moje marzenie o "posiadaniu" kota przesłoniły problemy dnia codziennego. 

W końcu spotkałam kogoś, kto kocha mnie, kocha koty i przekonał mnie, że marzenia są po to żeby je spełniać. Kot. Tylko jaki? Na pokazie w poznańskiej Palmiarni zobaczyłam kota w cętki, wyglądał jak mały lampart. Kot bengalski. Pojechaliśmy do hodowli żeby poznać koty i poczułam się jak w raju. Piękne bengale w tym dwie czterotygodniowe kuleczki, z których jedna może być moja. W nocy śniły mi się koty, dlatego na drugi dzień pojechałam jeszcze raz i wybrałam kocura. Przez czas oczekiwania aż skończy 12 tygodni miałam co robić. Przeczytałam wszystko, co tylko znalazłam na temat kotów. Kupiłam wyprawkę i przygotowałam dom. Obejrzałam wszystkie filmy na youtube o bengalach. Aż w końcu mała kulka trafiła pod nasz dach i od samego początku był to tylko mój kot. Horus kocha mnie miłością absolutną, a ja jego.

Bengale są bardzo aktywne i po pewnym czasie Horus zaczął się z nami nudzić. Chciał nam ciągle towarzyszyć, a nie było to możliwe, dlatego postanowiliśmy, że w domu pojawi się drugi kot. Chciałam, żeby charakterem pasował do Horusa, żeby był żywy, wesoły i łagodny. Na kocim forum zobaczyłam wpis „Koraty – mamy pierwsze kocięta”. Koraty? Poczytałam, zobaczyłam zdjęcia i wpadłam po uszy. Pojechaliśmy do Warszawy zobaczyć kociaki na wystawie, potem do hodowli i tak nasze stado powiększyło się o Ambrę. Myślałam, że Horus będzie zazdrosny, ale on wystawiał jej brzuch, turlał się przed nią i zachęcał do zabawy, a ta mała szara kulka warczała, syczała i pacała go łapką. A po trzech dniach poszła się do niego przytulić i od tej pory zawsze śpią razem.

Jaki jest Horus? Jest pięknym kotem, ale mnie zachwyca jego charakter. Jest łagodny, bardzo inteligentny, towarzyski. Jak każdy bengal dużo gada i nie zawsze na temat, repertuar jego dźwięków jest naprawdę bogaty. Potrafi zawsze powiedzieć czego akurat chce. Skacze wysoko, szybko biega, wspina się. Kocha wodę dlatego pije z wanny, umywalki albo z garnka z ziemniakami. Wielbiciel lodów waniliowych, krewetek, babki gotowanej i drogich francuskich serów. Myśliciel, zawsze musi wszystko przemyśleć czy mu się to opłaca. Przychodzi na zawołanie i wbrew temu, co mówią o bengalach uwielbia przytulanie i pieszczoty, ale tylko mnie na to pozwala. Lubi się bawić w chowanego i w berka. Ja się chowam, on mnie szuka albo paca łapką i ucieka, a ja muszę go gonić. W tych zabawach towarzyszy nam Ambra, ale widzę, że nie bardzo wie, o co nam chodzi.

Ambra – kocia księżniczka. Delikatna, drobna, sprytna i szybka. Moja kocóreczka uwielbiająca leżeć pod kocykiem i spać z nami w łóżku. Mistrzyni kamuflażu, potrafi siedzieć na środku pokoju nieruchomo, a ja jej szukam i nie widzę. Nie boi się odkurzacza, można ją odkurzać i jest to dla niej największa przyjemność. Trzeba uważać nachylając się, bo można mieć kota na plecach albo na głowie. Najpierw robi, potem myśli. Mimo, że jest o połowę mniejsza od Horusa, to ona go zaczepia, zrzuca z kocyka albo z drapaka. Utalentowana złodziejka gumek do włosów i wielbicielka świeżej pietruszki. Uwielbia się bawić, mistrzyni aportowania, tańca ze wstążką oraz skoków za piórkiem. Takich wślizgów, przewrotek oraz koziołków nie powstydziłby się żaden sportowiec. Kocha Łukasza i to on jest dla niej człowiekiem numer jeden w domu. 

Jakie są nasz koty? Zawsze śpią razem wtulone w siebie, zawsze też w nocy śpią obok nas. Tęsknią gdy wyjeżdżamy i cieszą się, gdy wracamy do domu. Horus turla się po podłodze i robi baranki, a Ambra przychodzi się ocierać i mruczeć. Gdy wracam do domu Horus robi raban na balkonie i biegnie zawiadomić resztę stada, że wróciłam. Mają swoje rytuały, poranny i wieczorny snaczek, poranne przytulanki i wieczorne wchodzenie pod kołdrę choćby na chwilę. Dzięki nim zaczęłam się uczyć fotografii, żeby robić im lepsze zdjęcia. Horus nie jest moim kotem, to mój przyjaciel. A Ambra nie jest zwykłą kotką tylko moją inspiracją i największym przytulakiem na świecie... Chciałabym, żeby wszystkie koty były tak wyczekane, wytęsknione i wymarzone, jak moje. 

Iwona