Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MKMD IV. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MKMD IV. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 grudnia 2014

ZAKOŃCZENIE CZWARTEJ EDYCJI

Najwyższy czas podzielić się ze wszystkimi efektami naszej pracy. Przez cały listopad przygotowywaliśmy ten zbiór, razem z Olą podjęłyśmy się karkołomnego zadania wprowadzania korekt, a że wpisów było znacznie więcej niż w poprzedniej edycji powoli wątpiłam w szansę ukończenia tego dzieła przed końcem roku. Bardzo dziękuję Wolontariuszom za Wasz czas i chęć działania. Gdyby nie Wasza determinacja nie udałoby się dotrzeć z akcją tak daleko. Jestem wdzięczna wszystkim domom i Opiekunom zwierząt, którzy zgodzili się posłużyć za przykład odnoszący się do idei naszej akcji - promowania świadomych i odpowiedzialnych adopcji w układzie opiekun-podopieczny, nie zaś panującym lub własnościowym. Pozostaje mieć nadzieję, że edycja piąta będzie równie owocna. Do wiosny pozostajemy więc na poziomie wpisów inspiracyjnych, poszukujemy mniej lub bardziej aktywnie kolejnych zainteresowanych współdziałaniem fotografujących wolontariuszy (pełnoletnich!), szczególnie z tych miejsc, gdzie jeszcze nas nie ma. Zgłaszajcie się do mnie na maila!

niedziela, 2 listopada 2014

IV.112










Dziwny ten twój kot. Nie mogłaś wziąć innego?

Do adopcji kota przymierzałam się kilka razy, ale wiadomo - zawsze coś, a to właściciel mieszkania nie pozwoli, a to zbyt często wyjeżdżam, a to, że sobie nie poradzę, bo przecież nigdy nie miałam kota. Nigdy też nie miałam alergii na koty... do momentu aż poznałam Maszkę.
Jesienią 2012 r. doszłam do wniosku, że nigdy nie będzie odpowiedniego momentu i mogę się tak zastanawiać latami. Szczerze mówiąc do końca nie wiem, jak doszłam do tego, że chcę brytyjczyka. Prawdopodobnie wpływ na to miał wygląd słodkiego misia o uroczym uśmiechu (najlepszy lek na ludzką depresję) oraz łagodne usposobienie (którego Maszka niestety w całości nie odziedziczyła po przodkach).

Z pewną taką nieśmiałością napisałam do kilku hodowli, od jednej odbiło mi maila (znak z Kosmosów), a kolejna zaprosiła na mizianie. Były tam dwa mioty, w starszym zostało dwóch chłopaków, w młodszym (trzytygodniowym bodajże) trzech chłopaków i dziewczyna. Podczas wizyty Pani bardzo mocno zachwalała chłopaczków, ale niestety - serce nie sługa  - mała piszcząca kluska płci najlepszej wygrała. Potem było czekanie na podrośnięcie kitki i ciułanie grosza (a i tak 1/3 koty należy do mojej siostry... oczywiście ta zadnia). Kiedy przyjechałyśmy z koleżanką po odbiór Pani w hodowli oznajmiła nam, że "kicia jest ekhm... indywidualistką". Nawet bardzo. Przez prawie godzinę próbowałyśmy wywabić ją spod krzesła piórkami. Zbiegły się dwa mioty maluchów i nawet jakiś starszak. Mała tylko patrzyła i niby chciała złapać zabawkę, ale zawsze któreś z rodzeństwa ją ubiegło. Z jedzeniem chyba było podobnie, bo w momencie, gdy wszystkie koty zajęte były zabawą, kicia zjadła swój pierwszy (?!) tego dnia posiłek. Przez całą drogę do domu i pierwsze minuty na nowym, kicia darła się niemożebnie. Potem jednak dość szybko ogarnęła kuwetę, michy, zabawkę z piórkiem i uruchomiła traktor. W nocy wygramoliła się z koszyka, wdrapała do mojego łóżka i tak już zostało.

Maszka jest kotem dość specyficznym. Płochliwym, neurotycznym i bardzo, bardzo akustycznym. Nie jest typowym miziakiem i nakolankowcem... chociaż powoli zaczyna pozwalać się dotykać człowiekom innym niż ja. Jak coś się królewnie nie podoba - jest krzyk i zęby idą w ruch. Jej mocznikowy oddech spowodowany wrodzonym niedorozwojem nerek może być traktowany w kategoriach broni biologcznej. Uwielbia kontemplować podłogi i ściany, śpiewać arie operowe za dnia, a nocą pieśni wielorybów, ciumkać torebki foliowe, polować na muchy i ćmy (oczywiście na koniec jest konsumpcja ofiary) i ma dziwną słabość do pieczywa. Najlepiej w świecie zna się na aranżowaniu wnętrz i urządzaniu ich w stylu fęk szui (czyt. sianiu spustoszenia i robieniu bałaganu). Lubi parkoury po ścianach, gdyby mogła, biegałaby po suficie. Nie da się jej nie lubić.

sobota, 1 listopada 2014

IV.111









Z wizytą u Barbary...

"Zawsze kochałam zwierzęta. Myślę, że niektórzy powiedzą, że bardziej niż ludzi. No cóż, może coś w tym jest...
W moim domu rodzinnym zawsze były zwierzaki: psy, chomiki, myszy, żółwie, a nawet przez krótki okres swoją budkę na balkonie miała oswojona kawka. Przez 16 lat mieszkała z Nami śliczna i mądra, ruda sunia, znajdka. Cała rodzina odchorowała ciężko, moment kiedy trzeba było pomóc przejść jej na drugą stronę Tęczowego Mostu. Jednak moi rodzice nigdy nie zgadzali się na kota. A ja zakochałam się w tych zwierzakach jeszcze jako dziecko – do dziś pamiętam dużego rudego kocura u dziadka, jednego z najcudowniejszych zwierzaków jakie spotkałam w swoim życiu.
Niedługo po tym jak się usamodzielniłam, poznałam w swojej pierwszej pracy kobietę, która opiekowała się gromadką kotów. Codziennie w pracy opowiadała o tym, jak jej się żyje z tymi kotami – jak się tulą, mruczą i oczywiście rozrabiają. Akurat było to w momencie, kiedy odeszła moja chomiczka i nagle w moim domu nie było żadnych zwierząt – dziwne uczucie. Pomyślałam, że to idealny moment na spełnienie swojego marzenia, o tym żeby w moim domu zamieszkał kot. Nie powiem, że miałam wtedy dużą wiedzę na temat kotów, nie powiem, że nie byłam też ani trochę przerażona, ale... Tak się to potoczyło, że 10 listopada 2004 r. z wioski pod Goleniowem przyjechał w pudle kartonowym, pod moją pracę w Goleniowie, kot. Nie, nie widziałam wcześniej jego zdjęć, nawet chyba nie wiedziałam, że jest cały czarny. Jedyne co ustaliłam z Panią z pracy, od której dostałam kotkę to płeć zwierzaka i że ma być w miarę młody, tak do roku. Z pudłem kartonowym, w którym przyjechała (tak nie miałam wtedy nawet transportera) przenieśliśmy ją do naszego samochodu i zaczęła się nasza droga do Szczecina. Kotka, która miała już nadane imię Mea, od razu dała się poznać, jako bardzo gadatliwa istotka. Całą drogę śpiewała, kręciła się w pudle, a my próbowaliśmy ją uspokoić. Jakieś 1,5 km od domu z pudła wyswobodziła się czarna kocia łapa kota. Szybko zabrałam ją z tylniego siedzenia samochodu na moje kolana i zaczęło się... 
Mea, jako młody kot, była bardzo aktywna, biegała po najwyższych meblach, w nocy biegała po łóżku uniemożliwiając spokojny sen i miała milion pomysłów na minutę. Była jednak już wtedy kotem uwielbiającym moje kolana i tulenie się. Dzisiaj już jako dojrzała i sporych rozmiarów „panienka”, jest kotem bardzo leniwym. Ciężko namówić ją na jakąkolwiek zabawę, ba! Ciężko namówić ją na jakikolwiek ruch, który nie ma nic wspólnego z jedzeniem. Jej ulubionym zajęciem jest tulenie się do mnie i spanie na moich kolanach – najlepiej bez ograniczeń w czasie. Nadal jest bardzo komunikatywna i gadatliwa. 
Mea jest też kotem dosyć ugodowym, jeżeli chodzi o inne zwierzęta. Przez lata jej mieszkania ze mną przez nasz dom przewinęło się sporo różnych zwierzaków – młode koty, którym szukałam domów, pies, którym się jakiś czas opiekowałam, a nawet królik, którego mój kot się chyba bał. Melka traktowała je wszystkie dosyć opiekuńczo, zwykle pozwalała im wyjadać jedzenie ze swojej miseczki, spała ogrzewając je swoim ciepłym futrem, kiedy były chore... a w mojej głowie dojrzewała myśl, że może jeden kot w domu, to jednak za mało?!
Szajba pojawiła się u mnie tuż przed Świętami Bożego Narodzenia prawie 2 lata temu. Znalazłam info o jej adopcji na tablica.pl. Osoba, od której ją dostałam, zaopiekowała się nią i jej bratem, podrzuconymi na jej posesję przez kotkę sąsiadów. Nie były to zresztą pierwsze kotki, które kocica podrzuciła im do opieki. Miałam sporo wątpliwości, bo jednak dwa koty, to większa ilość obowiązków i czasu, który trzeba im poświęcić. Ale kiedy pojechaliśmy ją zobaczyć z moim chłopakiem, to ta śmieszna trójkolorowa kocia kuleczka była taka słodka i cudna, że ciężko się było w niej nie zakochać, a mój ukochany stwierdził tylko: „weźmy ją, ona ma taki cudny charakter”. 
Do domu wróciliśmy jeszcze bez niej, żeby na spokojnie się (podobno!) zastanowić, ale ja wiedziałam, że po nią wrócę. Dwa dni później zabraliśmy nasze kocie czternastotygodniowe maleństwo do domu. No cóż Szajba, miała być „Snow”, potem miała być „Balbinką”, ale już po bardzo krótkim okresie mieszkania ze mną okazało się, że do tej kotki z ADHD nijak nie pasuje inne imię niż Szajba. Szajba jest kotem ciekawskim, nadaktywnym, kochającym laser i bieganie za piłeczką wraz z aportowaniem – jak nie zwraca się na nią wtedy uwagi to albo przynosi piłkę na stół jadalniany, albo chodzi z nią po domu i warczy niemiłosiernie. Szajba nie lubi zbytnio tulenia, albo może i lubi, bo uwielbia być blisko człowieka i ocierać się o jego nogi albo spać w jego pobliżu, ale tak naprawdę to wszystko ją szybko nudzi, ona ma zawsze milion spraw do sprawdzenia w naszym maleńkim mieszkanku. Jest kotem w pełnym tego słowa znaczeniu tzn. chodzącym swoimi drogami.
Niestety z Melką łączy je bardzo szorstka przyjaźń i nie ma między nimi miłości. Momenty kiedy spały razem w kocim koszyku wtulone w siebie można policzyć na palcach jednej ręki... tolerują się, choć i bijatyki się zdarzają... zwykle Szajba zaczepia śpiącą Melką, ale i ona nie pozostaje dłużna. W jednym są zgodne: kochają jeść i chyba nie ma ilości jedzenia, której by nie zjadły, dlatego, ku ich wielkiemu niezadowoleniu, muszę im mocno je wydzielać.
Dzisiaj nie wyobrażam sobie innego domu niż taki, w którym są koty, bo są zwierzętami tak cudownymi i kochanymi, tak bardzo indywidualnymi... nie ma nic cudowniejszego, jak po powrocie do domu witają cię dwa, początkowo wkurzone (bo głodne) koty, które za chwilę są rozmruczanymi bestyjkami łaszącymi się do człowieka.
Jest jeszcze pies, amstaff, też adopcyjny. Póki, co nie mieszka w jednym domu z kotami, ale to kwestia czasu. Dlatego nie ma go na zdjęciach, ale ja czuję się trochę i jego opiekunką. Zwierzaki na pewno się dogadają, bo pies mimo czarnego PR robionego tej rasie, jest zwierzęciem łagodnym i nade wszystko kochającym swoich "człowieków". Koty, nawet te spotykane na spacerach nie traktuje jako zwierzyny, a raczej kumpli do zabawy. Zresztą pies ten mimo swojej prawie 40 kg wagi potrafi się świetnie bawić nawet z buldożkiem francuskim, czy yorkiem. Ja wierzę, że będzie dobrze... Pomogą, w razie czego, behawioryści psi i koci, a nasz dom będzie jeszcze weselszym niż dziś, miejscem pełnym zwierzaków."

piątek, 31 października 2014

IV.110












Nie takie szczury straszne, jak je malują. 

Swoją przygodę ze szczurami rozpoczęłam od zakupu dwóch szczurów z hodowli i zakochałam się w nich od razu. Zakładałam krótką przygodę, a dziś nie wyobrażam sobie mieszkania bez szczurów. Obecnie ogonków jest siedem (bywało więcej), a ja od dłuższego czasu piastuję stanowisko administratora na Forum Alloszczur. 
Obecne stado składa się z: Woodoo SunRat’s, Fus Ro Dah of Anataha, Maskotki Ratsian, Mamordki Ratsian, Banshee, Królewny Grudkowego Kosmosu oraz Oposa. Niestety szczury nie żyją długo, więc na zdjęciach nie ma na przykład alfy stada, o której mogłabym opowiedzieć naprawdę sporo. Jest jeszcze z nami jej przyjaciółka, Woodoo. 
Woodoo ma prawie dwa lata i dziesięć miesięcy i jest charakterną starszą Panią. Niesamowita gaduła porozumiewająca się ze stadem i ludźmi za pomocą pisków i skrzeków. Druga w kolejności jest Fus Ro Dah, czyli naczelna lizawka. Fus kocha każdego i odruchowo liże po rękach, patrząc w oczy rozmarzonym wzrokiem. Fus’ka jest mentalnym dzieckiem i inicjatorką zabaw. 
Zgrane i szczęśliwe stado, jak w bajce, prawda? Niestety nie. Adopcja kolejnych dwóch samiczek sprawiła mi wiele stresu. Hodowla, z której adoptowałam Maskotkę i Mamordkę w krótkim czasie została usunięta dyscyplinarnie z SHSRP. Właścicielka wyłudziła je ode mnie, by w tajemnicy wywieźć za granicę na krycie. Strasznie się bałam i wątpiłam czy w ogóle je jeszcze odzyskam. Na szczęście dzięki pomocy życzliwych ludzi odzyskałam je obie i natychmiast wypowiedziałam umowę. Po ich powrocie musiałam włożyć masę pracy w to, żeby nauczyły się ponownie cieszyć obecnością człowieka. Udało się, ale po sytuacji z ich odzyskiwaniem potrzebowałam przerwy w ‘doszczurzaniu’. 
Któregoś dnia, przy okazji akceptowania ogłoszeń adopcyjnych, zakochałam się od pierwszego wejrzenia w Banshee i Królewnie Grudkowego Kosmosu (KGK). To była pierwsza tak spontaniczna adopcja od dawna. Siostrzyczki są nierozłączne i miękkie. jak pluszaki. Są niesamowicie zsocjalizowane i potrzebują obecności człowieka. Miałam jednak wrażenie, że w tym stadzie brakuje im towarzystwa do zabaw i psot. I w tym momencie historii pojawia się najmłodsza szczurzyca: Opos. Opos jest wszędzie i nigdy nie ma na nic czasu, choć ma dopiero trzy miesiące. 
Stado wspaniale się uzupełnia. Każda z dziewczyn ma zupełnie inny charakter i choć potrzeby mają podobne, to każda lubi co innego. To bardzo stadne i wymagające zwierzęta, które za włożony wysiłek w ich opiekę, odwdzięczają się miłością i przywiązaniem często przewyższającym ‘psią wierność’. Masę radości sprawia im kontakt z właścicielem oraz zabawy na wybiegu. Nietaktem byłoby nie wspomnienie o szczurach uratowanych z interwencji OTOZu i Alloszczura. W momencie pomocy w interwencji w moim domu było 16 szczurów, z czego tylko 7 moich własnych. 
Na zdjęcia załapała się jeszcze dwójka klusek, która w momencie publikacji wpisu jest już w swoim nowym domu, tak jak pozostałe. Oby wszystkie ogoniaste historie kończyły się happy endem.

czwartek, 30 października 2014

IV.109







Moje pierwsze spotkanie w ramach akcji „Mój kot ma dom” było szczególne. Odwiedziłam z aparatem Martę i Tomka, którzy zdecydowali się na adopcję dwóch kociąt, przebywających u mnie na "tymczasie". 

Torin i Frodo dostali swój dom jako ostatnie koteczki z miotu, którym się zajmowałam, jako wolontariuszka Fundacji Koci Pazur. Było to związane z tym, że uparłam się, żeby wydać je jako dwupak, bo maluchy były bardzo zżyte. Kiedy dostałam maila od Marty i Tomka od razu miałam dobre przeczucia, a po pierwszej wizycie byłam już pewna. Dzieciaki mają najlepszy dom, jaki mogłam sobie dla nich zamarzyć. A tak o Hobbistkach (bo tak nazywaliśmy piątkę kociąt i ich mamę) opowiada Marta: 

Cała przygoda z kotkami rozpoczęła się jeszcze w domu rodzinnym - mojej przyjaciółce okociła się kotka i przygarnęłam małą słodką kuleczkę o imieniu Mika. Od tego czasu stałam się KOCIARĄ numer 1 wśród moich znajomych. Muszę zaznaczyć, że byłam alergiczką (pewnie nadal nią jestem), ale miłość do kociego futerka jest silniejsza. Po kilku latach do swojego stadka przygarnęłam kolejną kicie.... Nie ma nic wspanialszego niż dwa kociaki w domku. Niestety trochę „urosłam” i nadszedł czas na wyprowadzkę, nie mogłam zabrać ze sobą mojego ukochanego dwupaku, moja mama by tego nie przeżyła. 
W nowym domu było taaak strasznie smutno bez pałętających się pomiędzy nogami kuleczkami, które przymilają się i przytulają. W końcu podjęliśmy decyzję z moim narzeczonym, że czas na zapełnienie tej pustki w sercu. Przypadkowo natknęłam się w naszej lokalnej gazecie na artykuł o Fundacji Koci Pazur, gdzie przeglądając ogłoszenia adopcyjne natrafiliśmy na przesłodki koci dwupak o imieniu Torin i Frodo. Mój narzeczony jest fanem książki „Władca Pierścieni” więc nie było innej opcji! Od napisania maila, do pierwszej wizyty przedadopcyjnej, aż po przeprowadzkę wszystko szybko się potoczyło. Od marca 2014 jesteśmy szczęśliwymi kocimi rodzicami. 
Teraz napiszę kilka słów o tych małych łobuziakach:
Torin: umaszczenie dymne, smukły, wszędzie go pełno. Torin przejął rolę przewodnika stada, pomimo że jest mniejszy od Froda, to on dyktuje warunki na jakich Frodo może z nami mieszkać. Jest małą gadułą, jak nikt się nim nie interesuje zbyt długo to miaukaniem stara się wzbudzać w nas poczucie winy i od razu pędzimy do głaskania i przytulania. Ulubiona zabawą jest.... Uwaga.... Aportowanie kapselka. Tak, Torin aportuje, jest małym koto-psem. Jak tylko najdzie go ochota na zabawę to przychodzi ze swoim ulubionym zielonym kapselkiem. Często sama go szukam, żeby z nim się pobawić, ale zawsze jest skrzętnie schowany.
Frodo jest czarnym sześciokilowym kocurem - dużo kota do kochania. Frodziaszek (bo tak go pieszczotliwie nazywamy) jest nieśmiałym koteczkiem, który daje się głaskać i miziać tylko nam. Nikt obcy nie ma do niego dostępu. Ulubioną zabawką jest szczurek, którego dostał od swojej pierwszej kociej mamy. Codziennie, od 6 rano zanim jeszcze się obudzę, doprasza się o pieszczuszki, trącając mnie swoim mokrym noskiem. Oczywiście nie umiem mu odmówić i w półśnie miziam te moje słodkie fałdeczki. Rano, gdy tylko się podniosę, koty pędem biegną do kuchni i miauczą, dając do zrozumienia jak bardzo są głodne. 

Polecam każdemu adopcję i przygarnięcie kociaka, bo to samo szczęście i radość. Życie bez tych słodkich małych włochatych kuleczek byłoby smutne i szare, a tak codziennie rano i po powrocie z pracy czekają na nas z radością. Nie ma nic lepszego po ciężkim dniu pracy, jak wygłaskanie mięciutkiego kociego futerka. 

Kociarze, Marta & Tomek

środa, 29 października 2014

IV.108














Diana, Max, Dyzio, Zuzia i Tosia

Dziś zapraszam Was w odwiedziny do bardzo wesołej gromadki ludzi i zwierząt, mieszkającej w centrum Zielonej Góry. Z Moniką, opiekunką wspomnianej gromadki, poznałam się dawno temu, jeszcze chyba na etapie ogólniaka, ale zawsze nam było nie po drodze, żeby się spotkać na dłużej, więc bardzo ucieszyłam się, kiedy Monia napisała do mnie, że ona i jej zwierzaki mają ochotę wziąć udział w akcji.  I tak oto poznałam, w kolejności od najstarszego do najmłodszego, pięć charakternych zwierzaków:

Maks – prawie, że weteran, a na pewno senior wśród zwierzaków, jest z Monią i jej ciocią od lat trzynastu. Został przygarnięty ze schroniska jako szczeniaczek po tym, jak jego poprzednik odszedł za Tęczowy Most. Jako, że u Moniki zawsze były jakieś zwierzątka (tak małe, jak i duże) pustka była nie do zniesienia, więc wycieczka do schroniska była naturalną koleją rzeczy. A jak się ma psiaka od małego, to się można do niego nieźle przywiązać, zwłaszcza kiedy jest żywotny, wesoły, kochający i przytulaśny. W końcu 13 lat to szmat czasu. I mimo, że Maksio obecnie trochę choruje, nie stracił nic a nic ze swojej energii.  

Diana*** – mimo, że ma dwa lata krótszy staż niż Maks, bo jest z Monią lat jedenaście, to jest ona niekwestionowaną przewodniczką stada. Diana jest mieszańcem owczarka niemieckiego, jest też psem kupnym, bo ciocia bardzo chciała mieć psa w typie owczarka właśnie. Sunia została ciepło przyjęta oraz nauczona co, jak i gdzie przez swojego starszego kolegę. Oboje są bezkonfliktowi, czasem – wiadomo – zazdrośni o siebie, ale żyją na dobrej stopie. Jako ciekawostkę Monika opowiedziała mi, że Diana za młodego psa zjadła w całości jeża – i nic jej kompletnie nie było. Znaczy się, silna babka. Nic dziwnego, że jest przewodniczką. Ale jej najlepszym przyjacielem wcale nie jest Maksio, tylko kocur Dyzio..

Dyzio & Zuzia – dwa małe koteczki, znalezione w kartonie na śmietniku – były tak malutkie, że miały jeszcze zamknięte oczka. Oczywiście zostały natychmiast przygarnięte i wykarmione. Monika mówiła mi o nich, że to dwa dzikusy, trochę nieufne wobec obcych, ale nie było tak źle. Zuzia faktycznie nie chciała z nami siedzieć, kuliła się przy drzwiach i bardzo chciała wyjść, nie mówiąc już w ogóle o pozowaniu. Całkiem dzika nie jest, oczywiście, w gromadzie najlepiej dogaduje się z Maksem. Drugi z rodzeństwa, Dyzio był trochę bardziej zainteresowany, dał się pogłaskać i zapozował, ale dość szybko mu przeszło. Wśród domowników ma ksywkę „Olewak”.  W związku z tym, że jest nieco bardziej zsocjalizowany, zachowuje się czasem jak pies (w końcu przez psy został wychowany) i bywa, że chodzi przy nodze z ciocią Moniki do sklepu. Albo odprowadza ją na autobus..

Tosia – ostatnia z gromadki, przygarnięta z Domu Tymczasowego rok temu (pani z DT opowiadała, że znalazła maleńką pod autem). Jest kotką niewychodzącą, bo Monika z chłopakiem przygarnęli ją gdy chwilowo mieszkali w bloku i mimo, że teraz Tosia ma do dyspozycji dom z podwórkiem, jest do tego nieprzyzwyczajona. Oczywiście opiekunom to nie przeszkadza, bo koteczka chętnie z nimi śpi – z resztą było tak od samego początku, bo już pierwszej nocy Tosia ułożyła się na Monice i zaczęła głośno mruczeć i została do rana. Jako młody kotek, Tosia jest bardzo zabawowa, chociaż nie chciała przy mnie pokazać swoich pełnych możliwości.

Zwierzaki towarzyszą Moni i jej cioci w zasadzie wszędzie, nie mają też ograniczników, gdzie mogą się poruszać (oprócz Tosi), więc wszyscy tworzą fajną, wielką rodzinę. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze uda mi się Monię odwiedzić.



***Kilka dni temu Monika napisała mi, że u Diany zdiagnozowano nowotwór kości – podczas wizyty Monia zauważyła, że Diana utyka na jedną nogę, ale wtedy nikt tego nie łączył z chorobą, a jednak były to jej pierwsze objawy. Kiedy piszę ten tekst, Diana jest jeszcze z nami i mam nadzieję, że jeszcze trochę tak zostanie, bo jak wspominałam, Diana to silna babka i mimo ogromnego bólu wciąż jest żywotna, wciąż się dobrze czuje wśród swoich Dużych i Monika nie ma na razie siły nawet myśleć, aby ją uśpić. Trzymam kciuki, żeby czuła się dobrze i żeby jak najdłużej jeszcze pobyła z nami. 

wtorek, 28 października 2014

IV.107










   Dzisiaj chciałabym zabrać was do mojego kociego domu w którym roi się od wszędobylskich kocich łapek i wąsików mimo, iż są w nim tylko dwa dachowce. Zapraszam!

   Nasz koci domek, jak już wspomniałam, zamieszkują dwa koty. Jednym z nich jest Lucjan - dorodny, satynowo czarny kocur o usposobieniu bajkowego Bonifacego. Jest leniwy, lubi długie drzemki i nie jest skory do zabaw (no, chyba że... laserkiem!). Kot Lucjan jest u nas na tymczasie, ale pojawił się jako pierwszy, jego historia zaczęła się smutno, został uratowany z zamkniętej piwnicy. Właściwie nie wiadomo, czy sam tam wszedł, czy ktoś go tam po prostu zamkną, jak niepotrzebny stolik. Przez pierwszy tydzień panicznie bał się ludzi i siedział w każdej możliwej dziurze. Ale po pewnym czasie zasłużyliśmy sobie na jego miłość. Teraz jest wspaniałym miziastym kocurem, dzięki któremu czujemy się wyróżnieni, szczególnie gdy przychodzi na pieszczoty. Napisałam, że kot Lucjan jest u nas na tymczasie dlatego, że pierwotnie był to kot naszego współlokatora, ale niestety jego plany życiowe nieco się skomplikowały i kotek został u nas.    

   W zasadzie nie pamiętam, jak to się stało, że nasza mręgata (tak, takie określenie umaszczenia istnieje w gwarze częstochowskiej) koteczka dostała imię Agnieszka, jakoś tak po prostu wyszło, ale idealnie do niej pasuje i jeszcze żadna Agnieszka nie obraziła się na nas. Aga to był chyba najbardziej wyczekiwany kot na świecie. Śmiejemy się często, że to nasza kot-córka, bo kochamy i traktujemy ją, jak córkę, Lucjana oczywiście też, ale cały czas przypominamy sobie o tym, że to jednak nie do końca nasz kot, a rozstania są najtrudniejsze... 
Aga to kocica z charakterem. W mgnieniu oka okręciła sobie starszego Lucjana wokół łapy. Nie raz trzeba było rozdzielać to przybrane rodzeństwo, ale na szczęście nigdy żadnemu nic się nie stało. Jest wszędobylska, wścibska i niesamowicie kochana, śpi z nami, a kiedy przychodzi do łóżka, patrzy na nas wzrokiem pełnym miłości i zaufania! 
Przynajmniej raz dziennie ma swoje tak zwane "turbo", kiedy podłoga zdaje się być największym złem i trzeba poruszać się tylko i wyłącznie po meblach, najlepiej z prędkością zbliżoną do prędkości światła. 

 Warto adoptować koty (i inne zwierzęta). Mieszkanie z nimi sprawia, że każdy dzień staje się wyjątkowy, bardziej kolorowy i ma sens.

poniedziałek, 27 października 2014

IV.106











Moi drodzy, zabieram Was dzisiaj we wspaniałą podróż do domu pełnego życia, miłości i futra! Wspaniała rodzinka i wspaniali podopieczni, aż serce rośnie!

To my: Aga, Michał i Zosia. Mieszkamy z czterema kotami syberyjskimi (Ambrożym, Angarą, Bazylem, Hieną), dwoma królikami (Tosią i Kefirką) i jednym jeżem Mufasą. Pomimo tego, że akcja nazywa się "Mój kot ma dom" opowieść będzie o królikach. Wszystko zaczęło się od informacji na lubelskich stronach gazety.pl, bodaj w lipcu 2013 r. Dziewczyny z "Króliczy Wolontariat SPK – Lubelskie" opowiadały o królikach, które czekają na swój dom. Pomyślałam, że skoro mamy koty kupione za "ciężkie pieniądze", to damy dom jakiemuś uchatemu szczęściu. Pośród uchatych zwierząt czekających na dom znalazł się Szalony Kefir (wtedy jeszcze nasza Kefirka była chłopcem, potem zmieniła zdanie). Wypełniłam ankietę i czekałam. Czekała ze mną cała rodzina. Okazało się, że musimy poczekać na wizytę przedadopcyjną. Przyszła do nas Kasia i powiedziała, że najbardziej boi się o relacje koty – królik, tzn. że królik może być na przegranej pozycji. Koty na szczęście stanęły na wysokości zadania, wlazły na kolana Kasi i domagały się pieszczot. Nasze koty są nieagresywne, miłe i przyjacielskie. 100% kociej miłości w kocie.

Po dwóch tygodniach okazało się, że możemy mieć Kefirę. Pomimo tego, że klatka docelowa nie była jeszcze gotowa, pojechaliśmy po uchatą. Podpisaliśmy papiery i wróciliśmy do domu. Mąż szybko wykończył klatkę docelową i biała kula dostała własne M. Na samym początku mieszkała w klatce, ale walczyła z zamknięciem, więc zdecydowaliśmy się na wersję "królik na wolności". Kefirka jest z tej opcji zadowolona, nasze ściany mniej.

Kefirka to królik z "wrednym charakterem". Na pierwszy rzut oka może się okazać, że nie lubi ludzi. Burczy na nas, atakuje rękę, złości się i ucieka. O takich zachowaniach Kefirki poinformowała nas Kasia, więc nie byliśmy zaskoczeni. Tak króliczka ma i koniec. Powoli się oswaja. I chyba lubi nasz dom, bo coraz częściej śpi wyciągnięta i zadowolona.

W styczniu 2014 r. nasze stado się jednocześnie zmniejszyło i zwiększyło. Niestety musieliśmy uśpić naszą ukochaną kocicę, czternastoletnią Barnabę (kocica nosiła męskie imię). Zachorowała na nowotwór żołądka i nie było już dalszych możliwości leczenia, a kicia bardzo cierpiała. Dzień po uśpieniu kocicy przyszła do nas zapłakana sąsiadka Gosia... (tu zaczyna się historia Tosi). Gosia nie tylko była zapłakana. Była także w ciąży. Więc baliśmy się, że stało się coś potwornego. I chyba dla Gosi tak było. Jej synek, niespełna dwuletni Wojtuś, okazał się być uczulony na ich domową królinkę – Tosię. Tosia i Gosia razem od sześciu lat i nie istniała opcja "oddam ssaka byle gdzie". Postanowiła poprosić nas o współopiekę nad Tosią. Co było robić? Tosia zamieszkała z nami. Klatka Tosi stanęła w pokoju Zosi. Gosia współuczestniczy w opiece nad Tosią, wpada czasem z jakimiś smakołykami dla królików, nie zostawiła jej, odwiedza i pielęgnuje swoją byłą podopieczną.

Pierwsze dni królic były ciężkie. Kefira wściekle atakowała klatkę Tośki. Z czasem ataków było coraz mniej. Uchate się obwąchiwały przez ścianki klatki. Podjęliśmy odważną decyzję: wypuszczamy dziewczyny i niech się dogadają. No i się dogadały, a nawet zaprzyjaźniły. Zaprzyjaźniły się tak, że spędzają czas razem non stop. Zakochana Kefirka myje pyszczek Tosi, szoruje jej uszy, a królowa Tosława łaskawie zgadza się na pieszczoty. Plusem obecności Tośki w domu jest to, że Kefirka staje się bardziej pro ludzka. I już tak na nas nie złorzeczy.

Wydawałoby się, że sytuację zwierzęcą mamy opanowaną. Bo w styczniu 2014 r. mieliśmy: trzy koty, dwa króliki i jeża. Ale nie, najwyraźniej jesteśmy skazania na cztery koty w stadzie. W marcu zamieszkał u nas Ambroży, syn Barnabci i Bazyla. Mieszkał uprzednio u rodziny męża, ale sytuacja życiowa tam się pokomplikowała i kot musiał mieć nowy dom. Padło na nas.
Kot Ambroży w swoim kocim życiu nie widział królika na oczy. Może jadł, ale na 100% nie widział kicającego króliczego futra. Był lekko zdziwiony, że coś takiego istnieje. Króliki były uprzejmie zaciekawione kolejnym kotem, ale i tak najbardziej zajęte były (i są) sobą.

Plusy takiego stada w domu? Zwierzęta są przemiłe. Koty są kochane, przyjacielskie i są wszędzie. Króliki okupują podłogę, sofę i fotele. Przychodzą się przytulić, testują naszą cierpliwość.

Minusy? Sprzątać trzeba non stop, a i tak nie widać zmian. Minusy królicze – konieczność zabezpieczenia kabli i troszkę bobków...