Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZWIERZYŃSTWO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZWIERZYŃSTWO. Pokaż wszystkie posty
sobota, 10 października 2015
czwartek, 24 września 2015
ZWIERZYŃSTWO.012
| Przyniesiony. Obwąchany. Zaakceptowany. Fajnie pachnie sikami i ciepłym mlekiem. Idę dalej spać. |
| Kumple. |
Czasem Tito chce pokazać, że jest
silniejszy...
|
I oboje
czerpią z tej znajomości korzyści. Tito wynosi dobre żarcie i milion
przytulasów dziennie, a Młody wynosi, czasem dosłownie, ukochanego przyjaciela. A mnie nie zostaje nawet kawałek arbuza :D
|
| Odnoszę wrażenie, że Tito i Prezes traktują się na równi. |
O DOMU, GDZIE SMUTKI TARZAJĄ SIĘ W PSIEJ SIERŚCI
Zwierzęta kochałam od zawsze. Czytać nauczyłam się tylko po to, żeby móc co tydzień jeszcze przed otwarciem kiosku, trzymać w ręce ciepłe wydanie „Przyjaciół z Zielonego Lasu”, a Animal Planet był dla mnie jedynym uznawanym programem telewizyjnym. Babcia zawsze powtarzała, że słowo „weterynarz” potrafiłam powiedzieć prędzej niż zakomunikować podstawowe potrzeby fizjologiczne. Takim oto sposobem jako pięciolatka byłam małym przemądrzałym kompendium wiedzy na temat pałanek, palczaków madagaskarskich i aksolotli. Nade wszystko kochałam psy i konie.
Nie moi Drodzy, nie jestem weterynarzem.
W domu długo nie mieliśmy zwierząt. Przynajmniej nie legalnie. Mama uciekła ze wsi do miasta, aby zwierząt nie oglądać, a ojciec nawet wobec mnie miał stosunek ambiwalentny, a gdzie tam jakiś zwierz.
Za to ja przygarniałam wszystko, co uważałam za bezbronne i potrzebujące ratunku. Tak oto miałam hodowlę mrówek. No bo ej! One na deszczu zmokną... Były też dżdżownice w pudełku po kakao, jeże i patyczaki, które schowane przed mamą w szafie rozmnożyły się niewyobrażalnie i pewnego dnia uciekły, co do jednego przez otwarte akwarium. Były trzy gołębie, sikorki, wiewiórka, polne myszy i masa głodnych, bezpańskich psów i kotów, które musiały być nakarmione i wykąpane.
Jeszcze w szkole powiązałam swój wolny czas z wolontariatem. Długo nie mogłam rozstać się ze schroniskiem, ale po tylu widzianych zwierzęcych nieszczęściach po prostu uznałam, że albo dam sobie na jakiś czas spokój, albo zamknę się w domu otoczona setką bezpańskich zwierząt bez imion i utoniemy w kale. Jestem zbyt miękka.
Zresztą po kilku dobrych latach od zakończenia wydawania wspomnianych już „Przyjaciół z Zielonego Lasu” nieszczęścia same zaczęły mnie znajdować. A to ledwo żywy kot pod drzwiami do mojej pracy, a to zbłąkany pies, który nie wiedząc, czemu łaził za mną pół dnia, szczeniaki w reklamówce i koń trzymany w okropnych warunkach... Jak mogłam odmówić?
Wszyscy uważali, że zwariowałam, sąsiedzi zaklinali, że jak tylko poczują jakiś fetor, to zgłoszą to tu i tam. Reszta przychodziła do mnie, jak pies miał kleszcza, albo zapalenie spojówek.
Pewnego dnia na moim osiedlu, całkiem — jak zwykle — przypadkiem natknęłam się na znajomą rodzinę, typową „patole”, a jeszcze wzięli psa tak, co by mieć towarzysza do picia. Po kilku zamienionych zdaniach zadzwoniłam do mojej kochanej i jakże cierpliwej rodzicielki.
- Mamuś, sprawa jest...
- Ile tym razem?
- 8
- Ile? Oszalałaś? Ledwo wyjechałam na urlop, a ty znów zoo w domu robisz. Jesteś już prawie pełnoletnia, dalej myślisz, że uratujesz cały świat?
- Mamuś oni powiedzieli, że albo te psy utopią, albo zakopią, bo im tylko szczają po domu i się panoszą!
- Wracam w niedzielę, wiesz, że do tego czasu tych psów ma już nie być?
- Wiedziałam, że się zgodzisz! Kochana jesteś! Pa!
Wszystkie pieski znalazły dom w dwa dni, mimo że nie miały nawet pięciu tygodni, to wszystkie były zdrowe i silne, jedynie zapchlone.
Do Mamy wysłałam mms’a ze zdjęciem słodkiej kuleczki i zapytaniem „jak damy mu na imię?”
W odpowiedzi dostałam: „Ja wymyślam! Chociaż raz daj mi możliwość decydowania”.
Tito. A w sumie to Titosław. Niczym się niewyróżniający, a wyjątkowy. Leniwy wtedy, kiedy nie trzeba, aktywny, kiedy wypadałoby siąść na ogonie. Czarujący, tchórzliwy i pokorny. Wierny i oddany fanatyk czystej pościeli. To on wybrał mnie. On mnie świdrował wzrokiem, zaczarował i urzekł, a przecież przez nasze mieszkanie przewinęły się dziesiątki zwierząt. On postanowił ze mną zamieszkać i tak jest do dziś.
W pierwszym wspólnym mieszkaniu (wtedy jeszcze z chłopakiem) zamieszkaliśmy z dwoma psami, dwiema świnkami morskimi, królikiem, dwoma szczurami, koszatniczką i rybkami. On pochodzi z rodziny gdzie „zwierzęta tylko do chlewa” i każdy twierdził, że prędzej czy później ucieknie ode mnie, mojej misji ratowania świata i mojego zwierzyńca. Przekonała go chyba moja kuchnia i to tak bardzo, że oświadczył mi się, a jakiś czas później wzięliśmy ślub, a jakby szczęścia było mało, to dodatkowo przejął się tym, co robię. Wiedliśmy spokojne życie, coraz częściej rozstając się ze zwierzętami, które dożywały u nas sędziwego wieku.
Z różnych przyczyn życie wysadziło nas w Berlinie i tu powiedzieliśmy pewnego dnia „Idziemy zrobić sobie syna!”
Równo po upływie dwóch tygodni powiedziałam do Tita:
„Synu! Będziemy mieli dziecko!” — on wzrokiem leniwca zerknął spode łba i poszedł z powrotem spać. Już wtedy wiedziałam, że będzie dobrze!
Ze szpitala Tito dostał z pozdrowieniami pakunek z ubrankami Prezesa i to tyle.
Może pomogło to, że Tito miał już pięć lat i był zrównoważony. Może pomogło to, że przez nasz dom przewijała się masa ludzi i futer i pomyślał, że przyniosłam kolejną sierotkę na kilka dni. Nie wiem.
Wiem jedno! Takiej magii nie poczułam od momentu zakończenia druku „Przyjaciół z Zielonego Lasu”. Nie było obaw, wymówek, rozmyślań. Pies był, ma być i będzie, a dziecko to kolejny etap w naszym życiu. Nie wyobrażam sobie dzieciństwa naszego dziecka bez zwierzęcia! Mimo to, że Tito nigdy dzieci nie uwielbiał, a raczej omijał łukiem, to nie miałam wątpliwości.
Żadna zabawka edukacyjna ani jakakolwiek inna, ba! Żaden z domowników nie cieszył się takim zainteresowaniem, co pies. On był motorem napędzającym większość postępów, bo żeby zobaczyć, co chrupie Tito, trzeba podnieść głowę, przekręcić się na bok, usiąść, podejść i zobaczyć!
Do tego wielka lekcja empatii i pokory. Jeszcze mało?
Prezes nie ma rodzeństwa, ale nigdy się nie nudzi, bo ma psa! Jaka przy tym frajda!
Śmiem sądzić, że dzięki temu, iż mamy w domu psa, młody wie jak podejść do każdego zwierzęcia i jak nie zrobić mu krzywdy. A wszystkie zwierzęta uwielbia! Każdego dnia uczy się szacunku i wielkiej odpowiedzialności za drugie życie. Ponadto Prezes szybciej nawiązuje relacje z otoczeniem np. z innymi dziećmi. Nie wiesz jak zdobyć kumpla? Pokaż mu swojego psa.
Romana Broniek
_________________
zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego autorki
zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego autorki
niedziela, 6 września 2015
ZWIERZYŃSTWO.011
1. Kto był w domu pierwszy? Zwierzę(ta) czy dziecko?
Najpierw był mój mąż, później Sonia (ta ruda), potem ja, potem Niusia (ta bura), a na końcu pojawiła się Matylda.
2. Jak przebiegło ich zapoznanie?
Powąchały i zaakceptowały.
3. Dlaczego zdecydowaliście się na zwierzęta przy dziecku (tudzież na dziecko przy zwierzętach)? Jakie obawy Wam towarzyszyły i co sprawiło, że jednak nie zrezygnowaliście?
Całkiem naturalnie, najpierw ma się kota, albo dwa a później przychodzi dziecko na świat.
4. Opiszcie relacje dzieci i zwierząt w Waszym domu.
Matylda ma 2 lata i kocha koty, ale koty nie do końca kochają, kiedy ona chce je tulić, Ruda jest troskliwą kotką, pilnuje młodej, Niusia jest strachliwym kotkiem, ale powoli się przełamuje.
5. Czy jesteście w stanie określić, czego nauczyło się Wasze dziecko, mając w swoim otoczeniu zwierzaki?
Za wcześnie jeszcze na takie stwierdzenia, ale głośno alarmuje, kiedy na spacerze widzi koty.
6. Czy jako dzieci mieliście w domu zwierzęta?
Tak, świnki morskie, chomiki, papugi, żółwia, psa a najdłużej kota Klakiera, który odszedł w zeszłym roku, w wieku 16 lat.
Krystyna Sypniewska-Stawińska
_________________
zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego autorki
Najpierw był mój mąż, później Sonia (ta ruda), potem ja, potem Niusia (ta bura), a na końcu pojawiła się Matylda.
2. Jak przebiegło ich zapoznanie?
Powąchały i zaakceptowały.
3. Dlaczego zdecydowaliście się na zwierzęta przy dziecku (tudzież na dziecko przy zwierzętach)? Jakie obawy Wam towarzyszyły i co sprawiło, że jednak nie zrezygnowaliście?
Całkiem naturalnie, najpierw ma się kota, albo dwa a później przychodzi dziecko na świat.
4. Opiszcie relacje dzieci i zwierząt w Waszym domu.
Matylda ma 2 lata i kocha koty, ale koty nie do końca kochają, kiedy ona chce je tulić, Ruda jest troskliwą kotką, pilnuje młodej, Niusia jest strachliwym kotkiem, ale powoli się przełamuje.
5. Czy jesteście w stanie określić, czego nauczyło się Wasze dziecko, mając w swoim otoczeniu zwierzaki?
Za wcześnie jeszcze na takie stwierdzenia, ale głośno alarmuje, kiedy na spacerze widzi koty.
6. Czy jako dzieci mieliście w domu zwierzęta?
Tak, świnki morskie, chomiki, papugi, żółwia, psa a najdłużej kota Klakiera, który odszedł w zeszłym roku, w wieku 16 lat.
Krystyna Sypniewska-Stawińska
_________________
zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego autorki
piątek, 21 sierpnia 2015
ZWIERZYŃSTWO.010
| Fakir z moją mamą |
| Bass preferował bieganie z rurką |
Mój nauczyciel
Tym razem opowieść będzie inna. Po pierwsze opowiadać będą ja, wychowanka pewnego zwierzaka. Po drugie zwierzakiem tym będzie pies i chociaż rasistką nie jestem (w żadnej formie), to powinnam dla jasności nadmienić, że dzieciństwu mojemu towarzyszyły boksery.
Zacznijmy jednak od chaosu: najpierw pojawił się pies. Na giełdzie samochodowej moja mama, świeża mężatka, wypatrzyła szczeniaka. Stan tragiczny przez rozpaczliwy. Wzdęte boczki, daleko posunięta krzywica, bieda z nędzą (pominę robaczycę i załatwianie się słomą przez jakiś czas). Jego matka i rodzeństwo wyglądali podobnie. Za tego jednego psa, spadły na moją mamę kalumnie, że nie wie, co robi, że to nieodpowiedzialne brać takiego psa, w tej chwili... Cóż. Tak szczerze — jaka chwila jest "odpowiednia" na psa, kota lub inne stworzenie? Pies został.
Moi rodzice byli psiarzami. I jedno i drugie wychowywało się z psami. U mojej mamy był Dingo, a u mojego taty kilka psów (np. pudlica Agata słynąca ze swej mądrości). Nic więc dziwnego, że w ich własnym domu musiał pojawić się pies. A że był to szczeniak bokseropodobny... Przypadek. Pies miał różne przygody i różne opowieści o nim krążyły, np. że zjadł szklankę, a jej denko zawinęło mu się w skórkę od kiszonego ogórka (które uwielbiał), co uratowało mu życie. Stąd też wzięło się imię (niejako wybrał je sobie sam). Nawet jako szczenię był pieskiem bardzo czystym, więc kiedy został na jakiś czas sam, a pojawiła się nagła potrzeba — wyciągnął skądś worek waty, rozciągnął jego zawartość po pokoju i... upstrzył siuśkami i kupami. Wyobrażam sobie miny całej rodzinki i sprzątanie...
Kiedy na świecie miałam pojawić się ja, rodzina wymogła odsunięcie psa od mamy (ciąża zagrożona itp.) — Fakir zapewne poczuł się zdradzony, ale nigdy nie chował urazy. Jakiś czas po moim urodzeniu powrócił do domu i zastał w nim mnie. Łyse, rozdarte dziecię, na które wszyscy chuchali i dmuchali. Postanowił pilnować mnie. Tym bardziej że co pewien czas śmierdziałam. Zawsze wtedy szedł po mamę i spojrzeniem przekazywał informację, że nie da rady dłużej zajmować się tym czymś, bo to coś śmierdzi, bardzo śmierdzi. Kiedy zaczęłam raczkować, pies był zawsze w pobliżu. To po nim się wspinałam i ustawiałam do pionu. Z nim jadłam posiłki, albo raczej... dzieliłam jego posiłki na nas dwoje — siedziałam przed miską z psimi kluskami polanymi sosem — jedna kluseczka była dla mnie, druga dla Fakira. Jeśli rysowałam rodzinę, to zawsze był tam Fakir (i cała masa innych wyimaginowanych zwierząt, ale to pominę). Podobno boksery kochają dzieci i mimo faktu, że był to groźny pies, który nie lubił mundurowych (rzucał się na każdego, co w tamtym czasie wcale nie ułatwiało życia), nie lubił zagrożeń dla rodziny (różnie te kwestie interpretował) i czarnych psów (motyw z przywiązywaniem się do latarni został przerobiony wielokrotnie). Dzięki niemu zaczęłam chodzić. Żebym nie upadła, skradał się obok mnie i wyczuwając moją utratę równowagi, kładł się tak, żeby leciała na niego. Do ósmego roku życia był moim nauczycielem, opiekunem i kompanem. Zawsze żałowałam, że jestem za mała, żeby wychodzić z nim na spacer.
Fakir umarł — zapalenie gruczołów limfatycznych. Był dokładnie 21.01.1987. Miesiąc później tato przyniósł kolejnego boksera. Tym razem "czystej krwi", za to też z giełdy (ale elektronicznej). Tego pana, który miał już nadane imię (Bass) to ja "uczyłam". Z jakimi rezultatami? Potrafił warować, równać, siadać i podawać łapę. Czasami podawał obie. Właściwie to zawsze podawał obie. Wyglądało to tak — mówiłam "siad", pies siadał. Mówiłam "waruj", pies siedział. Mówiłam "leżeć", pies kładł się i zerkał na mnie z wyczekiwaniem. Ponawiałam komendę "siad", pies siadał. Mówiłam "podaj łapę", pies podawał łapę. Mówiłam "poda drugą", grzecznie podawał drugą. Mówiłam "dobry Bassek" — pies w typowym dla bokserów pląsie zaczynał szaleć, po czym serwował mi obie łapy (na ramiona, bo to był ponad czterdziestokilowy pieseczek) i przywalał mnie do ściany, podłogi itp. i wylizywał twarz. Z czasem na komendę "siad" wykonywał cały cykl sam — po czym przygważdżał gości do ścian i obcałowywał. Taki był z niego wylewny chłopak. Był moim kompanem zabaw i spacerów, bo wreszcie mogłam sama wychodzić z nim na pobliskie retkińskie łąki. Wiele mam wspomnień z nim związanych i chociaż zawsze najbardziej na świecie chciałam, żeby mieszkał z nami kot, to bardzo kochałam nasze psy. To psy nauczyły mnie wrażliwości na "innego". Próba zrozumienia ich potrzeb, ich świata prowadziła do sprowadzania do domu kolejnych zwierzaków (kanarzyca Mimi, papużyca Koko, żłów Kuba i wreszcie koty: Demona, Amon, Malwina, Avanti, Pablo i moja Klee..., o próbach z sierpówkami nie wspomnę). Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie mojego domu bez zwierząt (nawet brak domu jest mniej dotkliwy, kiedy są zwierzęta). Dlatego czasami słysząc obawy ludzi, że pies zagryzie, a kot zadusi dziecko... zastanawiam się, w jakim świecie żyją te osoby. Dla mnie kwestia niewyobrażalna: świadomie (czyżby?) pozbawić się kontaktu ze stworzeniem, które otwiera człowieka, wspiera jego rozwój, uczy...
Jestem wdzięczna moim rodzicom za to, że być może nie myśląc nawet o tym, zapewnili mi najlepszego z możliwych nauczycieli.
Łucja Lange
_________________
zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego autorki
Łucja Lange
_________________
zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego autorki
wtorek, 18 sierpnia 2015
ZWIERZYŃSTWO.009
Joł, to piszę ja, kot Rumcajs! Piszę, bo Duża przeczytała o akcji promującej kota i dziecko i bardzo jej się spodobało, ale pomyślała, że co ona ma pisać, niech pisze Kot, skoro to on jest głównym bohaterem tej opowieści. Dlatego dostałem zlecenie napisania paru słów o tym, jak się czuję jako kot bliźniaków, a że nikt nie wie tego lepiej niż ja, postanowiłem zatem chwycić za pióro… ups klawiaturę i wystukać, co o tym wszystkim myślę.
Jak wiecie, jestem członkiem rodziny P. już ponad trzy lata. Duża przyniosła mnie jako małą kulkę z krakowskiego schroniska w darze dla Dużego. I choć nigdy wcześniej nie miała do czynienia z kotami, to mój urok osobisty i wrodzony wdzięk zadziałały tak, że się z miejsca zakochała i w sumie z wzajemnością, ale o tym ciiii...
No więc rosłem sobie, jak pączek w maśle na ich/Dużych wikcie i opierunku, aż naraz patrzę, a Duża też zaczyna rosnąć! I to jak!!! Z każdym miesiącem robiła się coraz większa i większa, aż pewnego razu zniknęła na kilka dni. Został tylko Duży, ale i z nim było coś nie tak. Najpierw zrobił mi dwa nowe legowiska. Otoczone były szczebelkami, bardzo lubiłem sobie tam leżeć.
Potem, zamiast sypać mi chrup, zaczął podsuwać pod nos dziwnie pachnące zawiniątka, mówiąc, że mam wąchać i się przyzwyczajać.
Potem nareszcie wróciła moja Duża, ale nie sama tylko z jakimiś malutkimi zawiniątkami w wózku.
Mocno mnie przytuliła, wytarmosiła, wyczochrała i kiedy wreszcie postawiła na podłodze, mogłem w spokoju obwąchać nowo przybyłych.
Pachniały tak, jak te zawiniątka, co Duży przynosił, więc zbytnio się nie zdziwiłem. Powąchałem i poszedłem spać.
Zaczęły się dla naszej rodziny nowe czasy. Stale chodziłem niewyspany, bo w nocy, zamiast spać, to te małe człowiecze istoty płakały i domagały się jeść. Zacząłem więc wykorzystywać każdą wolna chwilę na drzemkę. Zauważyłem, że Duzi też tak robią.
Potem, z czasem wszystko zaczęło się uspokajać. Przywykliśmy do sytuacji. Małe zaczęły więcej jeść, noce stały się spokojniejsze, a ja poczułem, że wszystko jest na swoim miejscu. Co prawda, już nie na pierwszym, ale wciąż wysoko.
Małe tylko spały, jadły, albo patrzyły przed siebie.
Wszystko się zmieniło, kiedy przeniosły się z sofy na podłogę i zaczęły eksplorować mieszkanie. Do tej pory myślałem, że potrafię szybko biegać, ale one czasem okazują się szybsze i łapią mnie za ogon albo za wąsy. Duzi zawsze jednak pilnują, żeby nikomu nic złego się nie stało. Odkąd Małe zniżyły się do poziomu podłogi, wydaje mi się, jakby to były takie małe kociaki i często tak właśnie je traktuję. Mam więc kim się opiekować i z kim się bawić. Odkąd Małe pojawiły się w naszym domu moje życie stało się o wiele ciekawsze, a Duża mówi, że to dopiero początek i takich fajnych chwil będzie jeszcze dużo, dużo więcej.
Pozdrawiam wszystkich, którzy mają w domu dzieci,
Rumcajs Polit
_____________
zdjęcia z archiwum... kota
niedziela, 16 sierpnia 2015
ZWIERZYŃSTWO.008
Bartuś i Zuzia, czyli koteł w roli niani bezsierstnego braciszka
Do rzeczy moi mili. Będzie krótko zwięźle i na temat… Bo matka wiecznie w niedoczasie — dzieć ostro daje w palnik ząbkując.
Zuzia jest moim urodzinowym prezentem od męża. Ja kociara od urodzenia, wychowująca się u babci z kotem, karmiąca kocią bezdomną gromadę pod blokiem, zawsze marzyłam o tym, że gdy już wyprowadzimy się na swoje — zaadoptujemy kotka. Mąż z początku niechętny przedsięwzięciu wziął temat na klatę i tak Zuzia trafiła do nas dokładnie 3.11.2011 roku. Mąż pojechał wybrać kota ze schroniska robiąc mi niespodziankę. To była miłość od pierwszego wejrzenia w zasadzie to od wpakowania zadka do transportera...
Tak sobie panowała nam panienka do lutego 2014 roku, gdy dowiedziałam się, że jestem w upragnionej, dłuuugo wyczekanej ciąży. Od razu zaczęła się nagonka rodziny, no bo jak — brzuch, kot — to się nie może udać. Przecież bakterie, zarazki — toksoplazmoza, do kuwety się nie zbliżaj, kota nie dotykaj, nie głaskaj i najlepiej oddajcie ją z powrotem do bidula. Brzuch rósł, Zuzek nie odstępował mnie na krok, spała obok brzucha lub na nim… Ani przez chwilę nie przyszło nam na myśl, że moglibyśmy ją oddać, choć były obawy, gdy Zuzia beztrosko pochrapywała w nowo przywiezionym wózku dla synka, czy łóżeczku...
Synek urodził się 3.11.2014 roku dokładnie w moje urodziny... Tak więc cała nasza trójka świętuje tego samego dnia ;)
Gdy wróciliśmy z synkiem ze szpitala do domu, Zuzia od razu wskoczyła na kanapę, żeby przywitać się z nowo przywiezionym członkiem rodziny, obwąchała go dokładnie. Z każdą godziną matczyny instynkt naszej kotki narastał.
Synek bardzo długo miał kolki — Zuzia kładła się obok, włączała koci traktorek i pomrukiwała synkowi do ucha, chcąć ukoić jego płacz. Co dwie godziny razem ze mną wstawała na karmienie, kładła się obok, gdy karmiłam synka piersią. Teraz gdy Bartłomiej ma 8,5 miesiąca najpierw do pokoju w nocy wchodzi kot, dopiero potem tata z butelką mleczka. Razem też śpią, jedzą, kot asystuje przy ubieraniu, czy kąpieli.
Bartuś ma teraz prawie 9 miesięcy, zaczął pełzać na brzuszku, uczy się raczkować — głośno piszczy, krzyczy. Wszędzie go pełno, kotka nadal stara się być blisko, choć jest teraz bardziej ostrożna. Kilkakrotnie synek już upolował koci ogonek ;) Gdy tylko kot pojawia się na horyzoncie, radość dziecka nie zna granic. Jednym z pierwszych słów, może jeszcze niezbyt świadomych prócz mama, baba jest właśnie auuu (od miau — kotek).
Wiemy, że podjęliśmy słuszną decyzję, co ja mówię — to była jedyna z możliwych decyzji, jaką mogliśmy podjąć, zostawiając kota, gdy w naszym domu pojawiło się niemowlę. Nie żałujemy, bo lepszego opiekuna i towarzysza zabaw oraz codziennych czynności synek zyskać nie mógł.
Anna Kleśny
____________
zdjęcia pochodzą z archiwum autorki
Zuzia jest moim urodzinowym prezentem od męża. Ja kociara od urodzenia, wychowująca się u babci z kotem, karmiąca kocią bezdomną gromadę pod blokiem, zawsze marzyłam o tym, że gdy już wyprowadzimy się na swoje — zaadoptujemy kotka. Mąż z początku niechętny przedsięwzięciu wziął temat na klatę i tak Zuzia trafiła do nas dokładnie 3.11.2011 roku. Mąż pojechał wybrać kota ze schroniska robiąc mi niespodziankę. To była miłość od pierwszego wejrzenia w zasadzie to od wpakowania zadka do transportera...
Tak sobie panowała nam panienka do lutego 2014 roku, gdy dowiedziałam się, że jestem w upragnionej, dłuuugo wyczekanej ciąży. Od razu zaczęła się nagonka rodziny, no bo jak — brzuch, kot — to się nie może udać. Przecież bakterie, zarazki — toksoplazmoza, do kuwety się nie zbliżaj, kota nie dotykaj, nie głaskaj i najlepiej oddajcie ją z powrotem do bidula. Brzuch rósł, Zuzek nie odstępował mnie na krok, spała obok brzucha lub na nim… Ani przez chwilę nie przyszło nam na myśl, że moglibyśmy ją oddać, choć były obawy, gdy Zuzia beztrosko pochrapywała w nowo przywiezionym wózku dla synka, czy łóżeczku...
Synek urodził się 3.11.2014 roku dokładnie w moje urodziny... Tak więc cała nasza trójka świętuje tego samego dnia ;)
Gdy wróciliśmy z synkiem ze szpitala do domu, Zuzia od razu wskoczyła na kanapę, żeby przywitać się z nowo przywiezionym członkiem rodziny, obwąchała go dokładnie. Z każdą godziną matczyny instynkt naszej kotki narastał.
Synek bardzo długo miał kolki — Zuzia kładła się obok, włączała koci traktorek i pomrukiwała synkowi do ucha, chcąć ukoić jego płacz. Co dwie godziny razem ze mną wstawała na karmienie, kładła się obok, gdy karmiłam synka piersią. Teraz gdy Bartłomiej ma 8,5 miesiąca najpierw do pokoju w nocy wchodzi kot, dopiero potem tata z butelką mleczka. Razem też śpią, jedzą, kot asystuje przy ubieraniu, czy kąpieli.
Bartuś ma teraz prawie 9 miesięcy, zaczął pełzać na brzuszku, uczy się raczkować — głośno piszczy, krzyczy. Wszędzie go pełno, kotka nadal stara się być blisko, choć jest teraz bardziej ostrożna. Kilkakrotnie synek już upolował koci ogonek ;) Gdy tylko kot pojawia się na horyzoncie, radość dziecka nie zna granic. Jednym z pierwszych słów, może jeszcze niezbyt świadomych prócz mama, baba jest właśnie auuu (od miau — kotek).
Wiemy, że podjęliśmy słuszną decyzję, co ja mówię — to była jedyna z możliwych decyzji, jaką mogliśmy podjąć, zostawiając kota, gdy w naszym domu pojawiło się niemowlę. Nie żałujemy, bo lepszego opiekuna i towarzysza zabaw oraz codziennych czynności synek zyskać nie mógł.
Anna Kleśny
____________
zdjęcia pochodzą z archiwum autorki
środa, 12 sierpnia 2015
ZWIERZYŃŚTWO.007
1. Kto był w domu pierwszy? Zwierzę(ta) czy dziecko?
Najpierwszy był Pan Królik vel. NieBój. Niewidome królicze dziecko wykupione ze sklepu w maju 2010. Później dołączyła do niego Panna Mufka. Króliki są bezklatkowe. W marcu 2012 trafiły do nas kotki. Dwie. Z zaawansowanym kocim katarem. Miały być tymczasowo. Kluska straciła wzrok po kilku miesiącach. Okazało się też, że na karmach komercyjnych cierpią na okrutne biegunki, zatem zaczęliśmy stosować BARF. W czerwcu 2014 trafił do nas porzucony szczur. W lutym 2015 pojawił się Artur.
2. Jak przebiegło ich zapoznanie?
Dzieć przyjechał i już został.
Dzieć przyjechał i już został.
3. Dlaczego zdecydowaliście się na zwierzęta przy dziecku (tudzież na dziecko przy zwierzętach)?
Jakie obawy Wam towarzyszyły i co sprawiło, że jednak nie zrezygnowaliście?
Nie za bardzo rozumiem pierwsza część pytania. To w ogóle nie jest problem. Obecność zwierząt w domu w ogóle nie podlega dyskusji. Mają być. Są częścią rodziny i już. Obawy — reakcje niewidomej Kluski, której zdarzało się w stresie znaczyć wszystko w koło i jej zabawy (w ramach głupawki machanie łapami z wyciągniętymi pazurami na oślep często przy ludzkiej twarzy), ewentualnie badanie nowego obiektu pacnięciem łapy z pazurami na wierzchu (a jakże), magiczne, fioletowe „obróżki spokojności” dały radę.
4. Opiszcie relacje dzieci i zwierząt w Waszym domu.
Za dużo tych relacji, póki co nie było. Kluska jest tą, która wysiedziała brzuch. Wysiadywanie rozpoczęła dosłownie dzień po tym, jak poczułam pierwsze ruchy dziecka.
Obie koty były przy Arturze bardzo ostrożne. Omijały go bardzo szerokim łukiem — nigdy nie wiadomo, co zrobi dwu i półkilogramowy noworodek, może się kotu do gardła rzucić na ten przykład… W miarę upływu czasu siadywały sobie dziewczyny coraz bliżej dziecięcia, aż osiągnęły stan uwalenia się na kocyku śpiącego dziecka (często w jego łóżeczku pod przewijakiem), wtedy się okazało, że TO nie jest niebezpieczne, a zatem obecnie w uroczy sposób go ignorują. Nadmienię też, że miały miejsce magiczne sytuacje, kiedy to my zestresowani rodzice walczyliśmy długo z dziecięca kolką. Przyszedł kot, zamruczał i dziecko zasnęło.
Króliki przybiegły, powąchały, trąciły nosem i pobiegły. Nie masz nic dobrego, nie miziasz = jesteś nieinteresujący.
Artur ma pięć i pół miesiąca. Dopiero teraz tak naprawdę się zacznie...
5. Czy jesteście w stanie określić, czego nauczyło się Wasze dziecko mając w swoim otoczeniu zwierzaki?
Jeszcze
trudno powiedzieć.
6. Czy jako dzieci
mieliście w domu zwierzęta?
Tak, ja byłam małą „znosicielką” kocich, psich
i ptasich nieszczęść. A moja mama dzielnie dawała sobie z tym radę.
Emilia Wójcik
_________________
zdjęcia pochodzą z archiwum autorki
Emilia Wójcik
_________________
zdjęcia pochodzą z archiwum autorki
Subskrybuj:
Posty (Atom)















