Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F-W: Świętosławska Julia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F-W: Świętosławska Julia. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 września 2014

IV.061








Ola o Filonie i Pini

"Filon był jednym z podopiecznych schroniska "Na Paluchu". Pojechałam tam ze znajomą po kota, którego oczywiście nie znalazłyśmy. Ujrzałam za to jego. Na imię mu było Toto. Leżał w za małej klatce wyłożonej słomą, w której nie miał jak się podnieść, bo podobno nie dogadywał się z innymi psinami. Spojrzał na mnie i wiedziałam że mnie wybrał. Tego samego dnia wróciłam z nim do domu. Pierwsze chwile ze mną spędził na jedzeniu, beknął, pierdnął i na samym środku mieszkania ułożył się spać. Przespał całą noc z wyciągniętymi łapami. Po jakimś czasie okazało się że mój towarzysz cierpi na padaczkę, ale jego ataki nie utrudniają mu normalnego funkcjonowania. 
2 lata po adopcji Filona przeglądając fb ujrzałam Pini, Pilnie poszukiwała domu stałego, gdyż jej dom tymczasowy chciał zaopiekować się schorowanym staruszkiem z Celestynowa. Tego samego dnia Karolina przyjechała do nas z suczką. Piesiory od razu się dogadały i do tej pory są idealnie zsynchronizowane. Od czasu, gdy Filon ma stały kontakt z nową "siostrą", częstotliwość jego ataków zmalała."

czwartek, 21 sierpnia 2014

IV.042















Jaki jest kot, każdy widzi

Wydawało mi się, że każdy kociak to taka puchata przytulanka, która przyjdzie, pomruczy, da się  pogłaskać i czasem sobie pogada. Wydawało mi się... Prawda o kocie wyszła na jaw, kiedy zaadoptowałam kotkę z jakiejś fundacji. 
Pamiętam pierwszy moment, jak ją zobaczyłam - małe brudne "coś" z wielkimi oczyskami. Na zdjęciach nie przypatrzyłam się, że kotka jest krówką. W pierwszej sekundzie się przeraziłam i chciałam oddać, ale to coś się na nas popatrzyło TYM wzrokiem (Ja WŁADCA - Ty SŁUGA) i jakimś cudem została. Na etapie rozmów adopcyjnych ustaliliśmy, że kotka ma chore serduszko i trzeba będzie skupić się na jej leczeniu. Kilka dni po jej przybyciu zawieźliśmy Clio na przegląd techniczny i weterynarz, który ją badał, stwierdził, że kardiolog do niczego nie jest jej potrzebny, chyba że mamy ochotę stresować kota. Uspokoiło nas to i olaliśmy sprawę, wożąc małą tylko na kontrole po sterylizacji i odrobaczenia. Trzy miesiące po adopcji zaczęła się walka o przetrwanie - Władczyni miała wysoką gorączkę, przestała jeść i pić, a oczka zaczęły jej ropieć. Pojechaliśmy znów do wetki ze strachem w oczach. Lekarka zapytała nas, czy robiliśmy jej testy FIV/FELV - (my nie, ale "fundacja" podobno jej zrobiła i był negatywny) wyszedł pozytywny. Zwyczajnie nas oszukali - nie stanowiłoby to kłopotu, gdybyśmy wiedzieli wcześniej, tymczasem zwyczajnie mogliśmy zrobić jej nieświadomie krzywdę. Nie wiedziałam, co mam myśleć. Wróciliśmy do domu z kompletem zastrzyków, bo niestety koty chore zakaźnie mają utrudnioną hospitalizację. Kując Clio w "namiot" ryczałam i klęłam tych ludzi i pytałam, dlaczego nie raczyli poinformować nas o tym wcześniej? Przecież koty z tą chorobą wcale nie są ułomne - wystarczy podawać suplementy, witaminy i środki odpornościowe - nie kosztują przecież fortuny, a kot jest normalnym futrem. Przyznaję, z tą normalnością to przesadziłam. 
Clio żyła sobie tak z nami, ignorując nas, czekając na miseczkę, a czasem udało jej się przyjść na głaski. Gapiąc się na fanpage Fundacji Miasta Kotów, zaczęłam się zastanawiać nad drugim kotem. Małe kocięta nigdy wg mnie nie nadawały się na przyjaźń w relacji długodystansowej z prostej przyczyny - kotek jest słodki, fajny i... nigdy nie wiadomo, co z niego wyrośnie. Rozmawiając z przedstawicielem FMK, ustaliłam, że najlepszy dla nas będzie Karolek - dorosły, spokojny oraz, co najważniejsze, uległy wobec innych kotów. Ofiara syndromu "mały słodki kiciuś". Oczywiście żaden z niego miziak - najgłośniej mruczy, kiedy widzi jedzenie. Przez kilka dni Clio nawet usiłowała uskuteczniać łapoczyny - Karolek chyba tego nie zauważał. Miłości wielkiej nie ma między nimi, awantury od czasu do czasu lecz jestem spokojna o zdrowie Karolka - choroba Clio przenosi się tylko przez krew, a pazurków Panna nie używa w stosunku do niego.
Jakie są moje koty, to chyba każdy już wie.