Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F-W: Wilk Justyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F-W: Wilk Justyna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2015

V.022









Gruby i Figa (z makiem, z pasternakiem...)

Dawno, dawno temu, w Zielonej Górze żyła sobie rodzina, która miała w domu suczkę imieniem Era. Era była wakacyjną znajdą, żyła z nimi 17 lat i była najmądrzejszym psem, jakiego spotkałam.  Jednak czas, który chcę opisać, to jeszcze nie był kres jej dni. Psina była już leciwa, chorowała, nikt nie czekał na jej odejście, ale było powiedziane, że póki jest Era, to innych zwierząt nie adoptujemy. 

Nie należę do osób, które łatwo się podporządkowują, poza tym wiedziałam, że moja mama od zawsze była "kocią mamuśką". Nadarzyła się okazja, znajomy znajomej wykazał się nieodpowiedzialnością i na świecie pojawiła się gromadka kociąt. Ustaliłam z koleżanką, że adoptuję czarną kotkę, wszystko umówione, pojechałyśmy odebrać kicię. Patrzę, a ona bardziej brązowa niż czarna, wtem zza roku wytacza się czarny węgielek i piszczy jak szalony. „Tego wezmę! On musi być czarny!”. Wzięłam. Pozostało najtrudniejsze - jaką historię sprzedać mamie, by pozwoliła zatrzymać kota? Byłam niepełnoletnia, ale z bujną wyobraźnią. Zamierzałam walczyć. Czarny węgielek okazał się chłopakiem, ponadto miał na sobie stertę pcheł. Kiedy mama zobaczyła kota, raczej nie wykazywała chęci zatrzymania go, ale wtedy wkroczyłam z łzawą historią, jak to pewien pan miał karton z kociętami i on ten karton na śmietnik wyrzucił, ot tak, z rozmachem.  I te kotki tak strasznie płakały. Musiałam je ratować (już w tym momencie wszystko nie trzymało się kupy, bo jakbym miała ratować taki karton, to wzięłabym wszystkie kociaki, a nie jednego, ale mama nie zauważyła, bo była zajęta wyłapywaniem pcheł)! Kupiła więc moją historię bez mrugnięcia okiem. Poza tym wiedziałam, że zawsze marzyła o czarnym kocie. To co? Trzeba wykąpać pchlarza! I już został z nami!

Gruby ma dość specyficzny charakter, rzadko, ale jednak spotykany. To ten wredziochowaty typ, który nie musi drapnąć po nosie, ale jak zechce to to zrobi. Był moją kocią miłością wiele lat, ale straciłam z nim kontakt po studiach, później drapnął mnie w nos i nasze stosunki się ochłodziły.

Następnym kotem w domu byłam Henia, o niej możecie przeczytać tutaj:  IV.017. Miesiąc po Heni pojawiła się Figa. Sądziliśmy, że to działkowe siostry, później ktoś opowiadał, że inny ktoś wziął ją na działkę, żeby łapała myszy, kotki przecież takie łowne (zwłaszcza jak wyprodukują potomstwo)… Ustaliłyśmy z mamą, że ją weźmiemy i znajdziemy jej dom. W dniu, kiedy uprowadziłam Figę z działek (ku wielkiemu oburzeniu jej „właściciela”, który zjawiał się co 3 dni i nalewał kotom miskę mleka...) była totalnym dzikusem. Siedziała na drzewie i patrzyła na mnie, zwabiłam ją, bawiąc się trawką i CAP! Pognaliśmy do domu, a tam? Wojna! Henia z Figą warczały na siebie jak psy albo i lepiej. Mama porozmawiała z sąsiadką, która chciała mieć kotka, przyszła, zobaczyła, super, świetnie. Potrzebowała tylko czasu na zakupy. Pojawiła się po dwóch dniach, żeby odebrać kotkę, ale ta już nie była do oddania… Cóż, serce nie sługa. Do tego Henia z Figą w trakcie dwóch dni pokochały się bez pamięci, obrywały od Grubego, ale kto by się nim przejmował, na dodatek tuliły się do starej psinki, której było wszystko jedno, ile jeszcze kotów pojawi się pod jej dachem. Chyba nawet lubiła, jak się o nią ocierały. Pani sąsiadka nie mogła nic zrobić, ale wyprawka dla Figi się nie zmarnowała, bo adoptowała inną kicię, więc siłą rzeczy pomogliśmy dwóm kotom. Nazwaliśmy kicię Figa, ze względu na sąsiadkę, która dostała figę z makiem… 

Figa uczyła się bycia kotem domowym okołu roku, na początku przytulenie jej graniczyło z cudem, dzisiaj sama pcha się na kolana. Bardzo długo była malutka i chuda, ale po kilku latach nabrała ciałka i teraz często jest mylona z Grubym… Okazało się też, że lubi dzieci, Gruby tego nie rozumie i prycha na moją córkę z daleka, Figa zaś towarzyszy jej wszędzie. Na dodatek Henia z Benią wyszkoliły Lenkę w zabawie wędką, więc Figa, ku swej uciesze, miała wreszcie kompankę do zabawy. 

sobota, 4 października 2014

IV.084











Od dawna chciałam Wam przedstawić moich sąsiadów z czasów, gdy mieszkałam u rodziców. Wspaniała rodzina, która podbiła moje serce jeszcze mocniej, kiedy walczyli o życie swojego psa. Był sparaliżowany i weterynarze spisali go na straty. Wiolka z mężem i synem byli załamani, ale nie na tyle, by się poddać. Rehabilitowali Puszka samodzielnie. To było niewiarygodne, bo psisko podniosło się z choroby i znów chodzi! Tym samym stwierdzam, że Tosia nie mogła lepiej wybrać.

Okiem Wiolety:

"Pewna cudowna osoba kochająca koty powiedziała mi, że koty same sobie wybierają dom. I chyba to prawda. Myśleliśmy o kotku, ale ciągle coś nie wychodziło, mieliśmy jechać dwa tygodnie wcześniej po kotka z działki, ale ciągle nie było na to czasu. Widocznie tak musiało być. Tosia... Antonina... znalazła nas w bardzo deszczowy i zimny dzień. Siedziała pod naszym samochodem, przerażona, wychudzona i bardzo przemoczona. Mój syn Michał właśnie wyszedł z psem na spacer i zobaczył małą wystraszoną sierotkę miauczącą pod naszym autem. O dziwo wyszła do niego bez strachu, nie bała się nawet psa, wskoczyła na ręce Michała i nie chciała zejść. Pies szczekał, kotek wbijał się w ramiona syna. I co tu zrobić? Nie byliśmy jeszcze przygotowani, ale wszystko się ułożyło. Mam cudowną sąsiadkę, która pomogła mi ją wykąpać, nakarmić i przygotować do wejścia do domu, w którym czekał negatywnie nastawiony pies. Było "wesoło", ale dali radę! Na obecną chwilę Tośka ułożyła sobie psiego staruszka i jest dobrze, Puszek jest bardzo wyrozumiały dla "wariatki", kochanej i dającej wiele radości! 
Kotka budzi mnie o 5 rano, przytula się i mruczy... bezcenne uczucie... 
Daje wiele szczęścia i nam, i Puszkowi, który do tej pory zostawał sam, kiedy wychodziliśmy do pracy i szkoły.

Puszek też jest znajdą. Wzięliśmy go z terenu byłej jednostki wojskowej. Była tam piękna suczka, którą dokarmialiśmy, a jak się oszczeniła wzięliśmy największego wariata z bandy czterech szczeniąt. Wychowywał się z moim synem od czwartego roku życia. Michał mówi, że to jego braciszek. Jest cudownie wspaniałym, kochającym psem i najwierniejszym przyjacielem. Dwa lata temu zachorował, był całkowicie sparaliżowany, nie podnosił nawet głowy... Dla przyjaciela zrezygnowaliśmy z urlopu, byliśmy przy nim 24/7, ale było warto.  Chcieli go już uśpić, ale widząc naszą rozpacz dali mu ostatnią szansę..., z której skorzystaliśmy wszyscy. Jeździliśmy z nim codziennie nad stawik, gdzie pływał z moim mężem. "Rehabilitacja" pomogła i dzisiaj pies chodzi, ba... nawet biega i sam wchodzi na trzecie piętro. Nadal daje nam wiele miłości i radości, która w obecnych stresujących czasach jest bezcenna."

czwartek, 10 lipca 2014

IV.017





























Henia & Benia
Henia to kotka, która sama znalazła sobie dom. Kilka lat temu była tylko małą kuleczką, która urodziła się na działkach albo ktoś ją podrzucił...? Nie bardzo wiadomo. Moja mama robiła na działce ostatnie porządki przed zimą, był już listopad, nadchodziła ostra zima, gdzie wysoki śnieg leżał miesiącami, a mrozy nie odpuszczały. Tę zimę na działce przeżyły tylko dorosłe koty.
Jak zawsze michy dla kotów zostały napełnione i zlecieli się stali bywalcy. Mały łaciaty szkrabik przyszedł po nich, ale został odgoniony od miski. Mama zabrała więc maluszka na działkę sąsiada i tam nakarmiła. Kiedy dorosłe koty się rozeszły z pełnymi brzuchami malutka krówka znów się pojawiła. Bez większych ceregieli dała się wziąć na ręce, po czym ostentacyjnie zasnęła mrucząc. Mama tylko chwilę zastanawiała się co robić. Wzięła malucha do domu!

W tym czasie byłam w Berlinie na wycieczce, kiedy mama zadzwoniła z informacją, że w domu jest kociak nie uwierzyłam. Mieliśmy 17-letniego psa i kocura oraz głębokie postanowienie, że limit miejsca się wyczerpał. Kiedy wróciłam zakochałyśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia. Henia traktowała mnie jak mamę. Sama znalazła sobie dom, dałam jej zatem możliwość wybrania sobie imienia. Rzuciłam karteczki z imionami i wylosowała Helę. Jak z Heli powstała w końcu Henia…? Nikt już nie pamięta…
Minął rok, magisterka napisana (z pomocą Heni!), obroniona, przyszedł czas na realizację kolejnego planu. Wyprowadzka do Berlina. Nie mogłam zabrać ze sobą Heni, bo mieliśmy mieszkać u mojej rodziny, która za jedyne dozwolone zwierzę domowe uważała chomika… Szybko zaczęliśmy więc szukać innego mieszkania. Po miesiącu mieliśmy już swoje 1,5 pokoju! Umeblowane, z balkonem, jedyne czego brakowało to kot! Nie tylko ja tęskniłam za Henią, z relacji mamy wynika, że ciągle łaziła po domu popłakując, jakby czegoś szukała. Kogoś?
Henia zamieszkała w Berlinie przy pierwszej możliwej okazji. Wreszcie byliśmy w komplecie. Nas troje. Mój mąż pierwszy raz w życiu miał w domu zwierzę. Znał Henię od kociaka, ale mimo to nie mógł powiedzieć, że zna koty. Henia pokazała mu, że koty to cudowne zwierzęta, które nadają się przede wszystkim do kochania. Tak też robi.
Nie miałam zamiaru się „dokacać”. Ale znów przypadek i kot zdecydowały za mnie.
Byliśmy już po przeprowadzce do większego mieszkania.
Pewnego dnia na FB jak zwykle przewijałam nowe wpisy, aż natrafiłam na niewyraźne zdjęcie chudej, osowiałej koteczki – Buni. Przeczytałam Benia, pomyślałam – to znak! Miejsce pobytu kota – DT w Szczecinie, ale blisko! Kolejny znak. Napisałam do jej opiekunki, zaczęłam wypytywać jaka jest Benia (nieświadomie pisałam z błędem). Wydała mi się idealna dla Heni. Jednak była jeszcze chora na koci katar, potrzebne było szczepienie Heni. Byłam prawie pewna, że chcę ją adoptować, wahałam się, bo jednak to ważna decyzja – na wiele lat, a ja jeszcze w planach miałam dziecko! Wymyśliłam więc wycieczkę do Szczecina w celach zapoznawczych! Myślałam, że może zacznie na mnie prychać, wyrazi swoją niechęć… cokolwiek? Weszliśmy do mieszkania, Benia była tam razem z siostrą, która po sekundzie siedziała schowana za kanapą. A Benia? Stała jakoś tak krzywo w przedpokoju i się na nas gapiła. Dała się wziąć na ręce i włączyła "traktor", a dysponuje nie byle jakim… zasnęła mi na kolanach. Jeśli miałam jakiekolwiek wątpliwości co do adopcji, to w tamtym momencie się rozwiały. Po niecałym miesiącu byłam znowu w Szczecinie w celu adoptowania mojego drugiego kota, który nie potrafi miauczeć, a jedynie szepcze.
W domu nie przeprowadziłam odpowiednio zapoznania, nie izolowałam kotów, nie dałam im czasu do namysłu, czasu na poznanie zapachów. Wypuściłam po prostu Benię z transporterka i powiedziały sobie cześć. Nie było większych spięć, poza tym, że czasem Benia czuje potrzebę pokazania, że ona tu rządzi. Henia jest uległa, przez co obrywa. Ogólnie chyba się lubią. Mam wrażenie, że Benia z wiekiem łagodnieje w stosunku do Heni,  więc może jeszcze wszystko przed nimi.
Za to my, Duzi, nie potrafimy już sobie wyobrazić naszej codzienności bez dziewczyn.
Lubimy nasze życie w Berlinie. Z kotami.
Prowadzę o nich bloga, tzn. one prowadzą, ja tylko im pomagam! Chcę pokazać, że kot to coś więcej niż futrzana kulka, która domaga się chrupek i gardzi każdym na swojej drodze, bo to często powielany stereotyp, który nijak ma się do rzeczywistości. Ludzie nie znają kotów, nie rozumieją ich, a ja bardzo chciałabym, żeby umieli je kochać tak jak my. Albo chociaż lubić, tolerować...