Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F-W: Cygan Ewa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą F-W: Cygan Ewa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 września 2016

VI.025













Niezwykła historia kota Bluesa pokazuje, że zwierzęce adopcje związane są nie tylko z przygarnianiem zwierząt przez osoby prywatne; czynią to również instytucje i urzędy, będące wspaniałym przykładem publicznego działania na rzecz porzuconych i bezdomnych zwierząt.



Ten rudy, młody kocurek od początku miał wiele szczęścia. Znalazł schronienie w zgierskim schronisku MEDOR, ale szybko został adoptowany przez pracowników Wydziału Informacji i Mediów Urzędu Miejskiego w Aleksandrowie Łódzkim. Blues nie był zresztą jedynym zwierzakiem przygarniętym przez tutejszy Urząd Miasta. Ludzie o wielkim sercu, wrażliwi na krzywdę zwierząt, adoptowali również psiego staruszka, który zamieszkał w Dziale Monitoringu Urzędu Miasta. Do ostatnich chwil swojego psiego życia miał wokół siebie ludzi — przyjaciół, którzy traktowali go jak pełnoprawnego członka rodziny.



Kiedy jechałam poznać Bluesa byłam bardzo ciekawa zarówno jego samego, jak i ludzi, z którymi na co dzień przebywa. Moje przypuszczenia okazały się całkiem słuszne – jak każdy prawdziwy kociak-rudzielec kazał poczekać na siebie dłuższą chwilę. W zamian przywitali mnie sympatyczni, otwarci ludzie, którzy z wielką troską w głosie mówili o swoim podopiecznym. Okazało się, że Blues dość szybko zaakceptował nowe miejsce. Po kilku dniach chowania się pod biurkami pracowników wydziału, poczuł się na tyle pewnie, że teraz bardzo często wyleguje się właśnie nie pod, a na wspomnianych wcześniej biurkach. Szczególnie na biurku pana Staszka, który z wielką cierpliwością znosi jego kocie wybryki, ponieważ Bluesowi zdarza się wcisnąć „enter” na klawiaturze wydziałowego komputera…



W ciepłe dni Blues wychodzi na zewnątrz i udaje się na niedalekie, kocie wędrówki. Jak na zawołanie, po około godzinie, przez uchylone okno stawia się z powrotem w budynku. Wszyscy pracownicy twierdzą zgodnie, że kocurek jest częścią ich zespołowej rodziny. Ja osobiście mam nadzieję, że takich wzruszających, adopcyjnych opowieści będzie w Polsce pojawiać się coraz więcej!




czwartek, 22 września 2016

VI.022















Pierwszym kotem w domu Ewy, jej męża i ich synka była kotka Azja. Adoptowana została w 2010 roku z jednej z łódzkich fundacji, zajmującej się szukaniem domów dla bezdomnych, kalekich i porzuconych kotów. 


Na początku ich wspólnej przygody Azja nie przypominała pięknego kota, którym teraz jest. Jej wychudzone, wątłe ciałko oraz sierść w fatalnym stanie nie zniechęciły jednak Ewy i jej bliskich. Spośród wielu kotów właśnie ta pręgowana koteczka skradła ich serce. Była bardzo nieufna i strasznie ruchliwa – do tego stopnia, że jej nowi opiekunowie nie zauważyli na początku nawet tego, że ma przycięte uszko!


Początki wspólnego życia okazały się dość trudne. Kotka była pełna nieufności i obaw. Przez pierwszych kilka tygodni życia w nowym miejscu za wszelką cenę unikała swoich domowników, siedziała schowana za łóżkiem. Jedyną okazją do zobaczenia kota, była chwila, kiedy Azja przychodziła cichutko do miski z jedzeniem. Nocą z kolei przeraźliwie miauczała, dając upust swojemu lękowi i przerażeniu…


Nowi opiekunowie nie dawali jednak za wygraną. Wielu by się poddało po kilkutygodniowej dawce nocnych, nieustających, kocich koncertów. Jednak nie Ewa i jej najbliżsi. Cierpliwość i miłość, którą ofiarowali Azji, zaprocentowała ze zdwojoną siłą. Kotka zaczęła się powoli przekonywać do nowej sytuacji. Stała się ulubienicą synka Ewy. Mimo tego pozostała dystyngowaną, kocią damą, nieufną w stosunku do obcych (sama miałam okazję tego doświadczyć, ponieważ zrobienie jej zdjęć początkowo graniczyło z cudem!). Poza nieufnością Azja ma same zalety i jest praktycznie kotem bezproblemowym: delikatność i spokój to jej główne atuty, a to, że nie wyrządza żadnych szkód w domu, jest dopełnieniem kociego ideału.


Pełnoprawnym członkiem rodziny jest również Behemot, przepiękny kocur o białej jak śnieg sierści. To przewrotne imię nie zostało nadane mu bez powodu. To odważny koci urwis o gołębim sercu. Zawsze skory do zabaw, figlarny, niezwykle towarzyski. Jego opiekunowie sami twierdzą, że charakterem przypomina on psa – reaguje na swoje imię, bez problemu daje się złapać, potrafi towarzyszyć w joggingu pani domu. Często budzi swoich opiekunów, kiedy uzna, że ktoś za długo śpi. Uwielbia leżeć na kolanach mężowi Ewy, który dzięki miłości do tego niezwykłego kota, pokochał te zwierzęta w ogóle. I pomyśleć, że początkowo nie chcieli oni nawet słyszeć o drugim kocim domowniku…


Behemot pojawił się u nich na osiedlu wraz z drugim, czarnym kotem, pod koniec czerwca 2015 roku. Synek Ewy zaczął kocurka dokarmiać. Kot był wygłodzony do tego stopnia, że zjadał owoce i warzywa, a nawet cieciorkę, którą podkradał z kuchennego stołu! Wkrótce Behemot należał już praktycznie do rodziny. Od pierwszych chwil pasował do nich jak ulał, dlatego Ewa zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby przekonać męża do przygarnięcia kota. Kiedy już się udało – opiekunowie Behemota nigdy, nawet przez chwilę, nie pożałowali tej decyzji. Kocurek to zupełne przeciwieństwo spokojnej Azji. Dzięki odmiennym temperamentom obydwu kociaków cała rodzina nigdy się nie nudzi. O miłości i przywiązaniu do swoich kotów Ewa może mówić godzinami, ale tak naprawdę wystarczy spojrzeć na jej uśmiech i ciepłe spojrzenie, kiedy na nie patrzy. Wtedy nie potrzeba nawet żadnych słów, żeby opisać wyjątkowe uczucie, jakim darzy swoje ukochane koty!

piątek, 16 września 2016

VI.018





















Czy nie macie czasem wrażenia, że los sam za Was wybiera jakąś opcję?

Ja – owszem, podobnie jak bohaterowie tej historii. Natalia i Szczepan, dwójka młodych, energicznych ludzi, którzy kochają aktywne życie. Ciągle w ruchu, w biegu, i co ważne – bez absolutnie żadnych planów na posiadanie kociego przyjaciela. No, ale że bywa czasem tak, a nie inaczej, to… 

Historia tej rodziny z kotem w tle zaczęła się od kota Morrisa. Pewnego dnia pojawił się u nich nie wiadomo skąd. Brudny, wychudzony i zaniedbany do granic możliwości. Natalia i Szczepan dali mu przytulny, spokojny dom, otoczyli wyjątkową troską i wypielęgnowali go. Co więcej – postanowili dać mu również kociego przyjaciela. Wybór padł na trikolorkę Fionę. Z wyglądu prawdziwy anioł, charakterem przypominała małego, wszędobylskiego diabełka. Życie Morrisa z tym kocim ancymonem nie było łatwe. Kotka tak bardzo dręczyła starszego kocurka na wszelkie sposoby, że pewnego dnia Morris po prostu nie wrócił…

Ponieważ natura nie znosi pustki, Fiona nie została jedynaczką na długo. Marzeniem opiekunów kotki był rudy kot. Tak się złożyło, że na stronie jednego ze schronisk pojawiła się informacja o rudym kocurku do wzięcia i kochania „od zaraz”. Tak w ich domu pojawił się rudy Elvis. Lekko zaniepokojeni nową sytuacją zastanawiali się, jak na nowego towarzysza zareaguje dominująca Fiona. Obawy okazały się na szczęście bezpodstawne, ponieważ w tym przypadku, według starego przysłowia „trafiła kosa na kamień”, Elvis okazał się mieć równie mocny charakter, jak Fiona. Od pierwszych chwil w nowym domu zachowywał się pewnie i swobodnie, a ostateczne wątpliwości Fiony co do tego, „kto tutaj teraz rządzi?”, już na wstępie pisania ich wspólnej, kociej historii, rozwiał głośnym, nieznoszącym sprzeciwu „miaaaauuuuu!”, skierowanym w jej stronę. 

Natalia i Szczepan są szczęśliwi, opiekując się swoimi wspaniałymi kotami. Fiona i Elvis stanowią zgrany duet, który łączy wzajemny respekt i tolerancja. Nie pałają do siebie szaloną miłością i przywiązaniem, ale tolerują swoje towarzystwo. Tak czasem bywa w kocim świecie indywidualnych jednostek. Razem, a jednak osobno. Akceptacja, ale bez zbytniej poufałości, trochę na dystans.


Najważniejsze, że wszyscy razem tworzą wspaniałą rodzinę. Oni nie widzą świata poza swoimi kotami, zresztą wzajemnie! Obydwoje zgodnie twierdzą, że miłość do kotów czasami bywa trudna i wymagająca. Za żadne skarby świata nie zamieniliby jednak tej sytuacji na łatwiejszą, ponieważ to czyni ich ludzko-kocią relację jeszcze ciekawszą i piękniejszą!

wtorek, 23 sierpnia 2016

VI.014






















Baltazar i Mizio —
Albo też Mizio i Baltazar


Jakby nie patrzeć, ten koci duet najlepiej określa porównanie „jak ogień i woda”.

Czasem aż trudno uwierzyć, że tę wybuchową mieszankę energii na co dzień „ogarnia” i stawia niekiedy do pionu jedna, drobniutka kobieta. Opiekunka kocich chłopaków, Helena,  to oaza spokoju, a bezkres jej anielskiej cierpliwości do zwierząt odbija się szerokim echem wśród wszystkich, którzy dobrze ją znają.

Tym razem nie musiałam spisywać kociej historii na kartce. Znam ją doskonale na pamięć, sama po części jestem jej sprawczynią, ponieważ Baltazar i Mizio znalazły się w domu Helenki przeze mnie. Adoptowane w dwupaku i praktycznie nierozłączne. Historia każdego z nich różni się tak bardzo, że nie sposób opisać ją w kilku słowach. Ale spróbujmy, może się uda.

Mizio, kocie maleństwo urodzone gdzieś między blokami łódzkiego blokowiska. On i czwórka jego rodzeństwa miały na tyle szczęścia, że trafiły do jednej z organizacji prozwierzęcych. Klasyka gatunku, można powiedzieć. Nareszcie nie było głodu i chłodu, chociaż (jak to często bywa w takich przypadkach) koci katar aż kłuł w oczy z daleka. Otoczony czułą opieką kociak dochodził do siebie, piękniał w oczach. Z małej, wylęknionej, posklejanej i brudnej kuleczki zmieniał się w dostojnego, chociaż nieco nieśmiałego, pręgowanego młodzieńca. Z biegiem czasu znikał w nim strach w stosunku do ludzi, a jego miejsce zastąpiła niespożyta energia i ciekawość świata.

Baltazar miał od początku mniej szczęścia. Przeganiany przez ludzi, szczuty psami, zabiedzony, wygłodniały. Z przeraźliwie wielkimi, pełnymi strachu oczami, których do dziś nie mogę wymazać z pamięci. Bał się ludzi, ale jednak szukał z nimi kontaktu.  Niestrudzenie przychodził na działkowe podwórko, gdzie początkowo przez miesiąc tylko obserwował ludzi z zarośli. Wreszcie nastąpił przełom. Ostrożnie i nieufnie, ale bardzo powoli się otwierał. Potrzebował aż dwóch lat, żeby w pełni zaufać kilku najbliższym mu osobom. Nikogo nie zrażały pogryzione i podrapane do krwi ręce i nogi, bo wiedzieliśmy, że pod pełnym agresji i lęku zachowaniem kryje się wspaniałe, kochające serce niezwykłego zwierzęcia.  Dzisiaj z radością możemy wszystkim powiedzieć: „TAK! Udało się! Nie ma zwierząt i adopcji skazanych na niepowodzenie !”
Tutaj jak we wszystkim liczy się cierpliwość, miłość, spokój, wytrwałość.

Dla niektórych brzmi to banalnie?

Jeśli  jednak ten „banał” działa, to ja po raz kolejny biorę go w ciemno.